Welcome to Hong Kong! Część 2.

Welcome do Hong Kong! Część 2.

Budzę się zmęczony po kilkunastu godzinach snu. Jet lag nadal trzyma mnie w swoim uścisku. Przez chwilę zastanawiam się gdzie właściwie jestem, a poprzedni dzień w Hongkongu pamiętam jak przez mgłę. Wyglądam przez okno. No tak, zgodnie z przewidywaniami pada deszcz. Spoglądam w prognozę pogody na moim iPhonie. Deszcz. Przez najbliższych dziewięć dni. Smutny prom płynie powoli w kierunku przeciwległego brzegu, a ja zastanawiam się jak miną nam kolejne dni w tym dziwacznym świecie.

Po skromnym hotelowym śniadaniu otwieramy parasole i ruszamy w kierunku przystani promowej na Northpoint. Moje ciało jeszcze nie przyzwyczaiło się do gorącego powietrza. Koszulka przykleja mi się do pleców po kilku minutach. Docieramy do przygnębiającej poczekalni, która wygląda jak wyrwana z kiepskiego horroru. Światło starej żarówki migocze co jakiś czas. Po chwili pojawia się prom, którym popłyniemy na drugą stronę Kowloon Bay. Koszt przepłynięcia promem wynosi niecałe 4zł.

Gdy dopływamy na miejsce deszcz przestaje padać, a mokre ulice zaczynają parować. Dostaję smsa od P. – kolegi, którego znam jeszcze ze studenckich czasów, a który wybrał życie na drugim końcu świata. Gdzie jesteście? – pyta. Odpowiadam, że wybieramy się na Mong Kok, jedno z większych ulicznych targowisk w Hongkongu. Umawiamy się na kolejny wieczór na piwo i opowieści.

Idziemy powoli w wyznaczonym przez internetową mapę kierunku, a ja wybucham co kilka minut, irytując się na ludzi, którzy chodzą zbyt wolno, albo zajmują połowę chodnika czekając na autobus. Dopiero po chwili zauważam, że konkretne numery autobusowe namalowane są na chodniku. Od numerów odchodzą grube, żółte linie, wzdłuż których ustawiają się w kolejce chętni na przejażdżkę komunikacją miejską. Nikt się nie przepycha, nikt nie wcina się w kolejkę. Wszystko musi mieć swoje miejsce.

Docieramy pieszo do jednego z wielu kompleksów wysokich bloków mieszkalnych. Metalowe kraty w oknach, w których suszy się pranie, skrywają smutną prawdę o warunkach mieszkaniowych w tym mieście przyszłości. Widzę otwarte drzwi do budynku i próbuję wejść do środka. Natychmiast zostaję zatrzymany przez starszą kobietę, która siedzi przy biurku w holu budynku. Na migi pokazuje mi, że mam opuścić budynek. Dostrzegam kartkę z przekreślonym aparatem. Czyli coś musi być na rzeczy. Schodzimy kilka stopni poniżej poziomu ulicy, kierując się dalej przez park w kierunku targowiska na Mong Kok. Gdy mijamy budynek kilka poziomów niżej dostrzegam swoją szansę. Trzy ogromne bramy są otwarte. Nikt nie pilnuje wejścia. Wchodzę na dziedziniec budynku i spoglądam w górę.

Przypominają mi się wszystkie książki i filmy o dystopiach. O ludziach żyjących w dziwnych budynkach i opuszczonych miastach. Mieszkalny blok wygląda od wewnątrz jak więzienie. Korytarze ciągną się dookoła na każdym piętrze. Drzwi do mieszkań znajdują się w odstępie kilku metrów od siebie. Wszystkie z przypisanym numerem. Wszędzie odchodzi łuszcząca się farba. Robię kilka zdjęć i wychodzę, zastanawiając się na jakiej powierzchni żyją tu ludzie. Później doczytuję, że mieszkania w takich blokach mają… od siedmiu do dziesięciu metrów kwadratowych.

Po kilkunastu minutach docieramy na Mong Kok. Miasto w mieście. Kolorowe stragany uginają się pod produktami. Targowisko podzielone jest na strefy. Oddzielna na owoce i warzywa, oddzielna na mięso i ryby. Kolejna na ubrania. Znów zaczyna padać, ale nie zraża mnie to i przepycham się w sobotni poranek przez tłumy ludzi przyglądając się dziwnym owocom i warzywom, których nigdy wcześniej nie widziałem. Kupuję owoc o nazwie jackfruit. Uśmiechnięta staruszka obiera go na miejscu i pakuje na styropianową tackę. Jackfruit jest trudny do opisania w smaku. Mięsisty, intensywny w zapachu. Coś na pograniczu jabłka i ananasa. Trochę mdły. Być może wybrałem niedojrzały owoc.

Z każdej strony słychać głosy ludzi, którzy wykrzykują oferty ze swoich stoisk. Niektórzy mają do tego specjalnie przygotowane głośnomówiące zestawy z głośnikami i mikrofonami. Naganiają klientów, a ja uważam, żeby nie oberwać w oko z żadnego parasola.

Docieramy na obrzeża targowiska i szukamy czegoś do zjedzenia. Na jednej z knajpek widnieje informacja o przyznanej gwiazdce Michelin. Przez chwilę nie chce mi się w to wierzyć, gdy zaglądam do środka i widzę tylko kilka wysokich krzeseł oraz brudne blaty z plamami po sosie. Ale przypominam sobie o jednym z programów nieżyjącego już Anthony Burdain’a, w którym mówił, że Hongkong słynie z knajp polecanych przez Michelin’a, w których zjeść można nawet za równowartość dolara. Na drzwiach do knajpy dostrzegam naklejki. Miejsce to było polecane przez kilka lat pod rząd. Bez wahania wchodzę do środka. Zamawiam zupę i porcję gorących dim sumów, wypełnionych gorącym rosołem i mięsem. Zupa jest intensywna. Ma mocny smak trawy cytrynowej. Głodny i podekscytowany ładuję sobie całego dim suma do ust, a gorący rosół parzy mi podniebienie i gardło. Kobiety lepiące za szybą pierożki wybuchają śmiechem. No tak. Należało wcześniej nagryźć ciasto, wyssać gorący rosół, a dopiero po chwili zjeść resztę. Od teraz będę wiedział.

Idziemy ulicą butów. Mijamy chyba pięćdziesiąt sklepów z butami, oferujących te same modele Nike, Adidasa i Reeboka. Tyle, że są to modele niedostępne w Europie. Wchodzę więc do wszystkich sklepów i przeglądam kolejne modele. Kiedy upatruję jeden, który spodobał mi się najbardziej, pytam o rozmiar 44. Nie ma. Nie było. Nie będzie.

Zaczyna padać coraz mocniej. Wszyscy w popłochu uciekają ukryć się do sklepów, podziemnych przejść i pod sklepowe wiaty. Maszeruję z parasolem, a deszcz jest coraz bardziej uporczywy. Okazuje się, że to tak zwany „czarny deszcz”. Są to opady, które przekraczają 70 mililitrów na godzinę. Czyli w zasadzie… nie tak dużo. Na ulicach tworzą się korki. Autobusy przestają jeździć, a czerwone taksówki brną przez kałuże. Przypominam sobie poranną prognozę pogody na telefonie…

Chronimy się przed deszczem w ogromnym centrum handlowym. Przy wejściu dostajemy foliowe woreczki, by schować w nie mokre parasole. Krążymy w sklepowej rzeczywistości mijając kolejne sieciówki, Starbucks’a i McDonalds’a. Cykam kilka zdjęć z najwyższego piętra. Po kilkudziesięciu minutach deszcz przestaje padać, ale jestem zbyt zmęczony by krążyć po okolicy. Wskakujemy w metro i wracamy na Hong Kong Island. Tego dnia nie będzie już padać.

Gdy robi się ciemno jedziemy tramwajem w kierunku Hollywood Road oraz chińskiego Soho. To tu podobno skupia się turystyczne życie. Tylko że ja tego nie dostrzegam. Turystów jest bardzo niewielu, a jeśli są, przesiadują w barach. Tu znajdziemy też kilka klimatycznych kawiarni, które nie należą do żadnej sieci. Możemy też zrobić zakupy na targu staroci albo wejść do sklepu z designem Toma Dixona. Kręcimy się trochę po okolicy i dostrzegam kilka street artowych perełek. Jet lag jednak nadal trzyma nas w garści więc wczesną wieczorową porą decydujemy się na powrót do hotelu. Jedziemy ponad godzinę tramwajem, a ja znów siedzę przy przedniej szybie jak zaczarowany. Kolorowe neony migają z każdej możliwej strony. Dopiero wtedy uderza mnie, z czym wcześniej nie skojarzyłem tego miasta. W blasku neonów i z mokrymi ulicami dostrzegam obrazy z Blade Runner 2049. Hongkong kojarzy mi się z wizją miasta przedstawioną w tym filmie.

W hotelu zasypiam po kilku minutach od przyłożenia głowy do poduszki. Znów zaczyna padać. Będzie również padać kolejnego dnia rano. A później… a później okaże się, że znów mam szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *