Welcome to Hong Kong! Część 3.

Welcome to Hong Kong! Część 3.

Jet lag w końcu odpuszcza. Budzę się w niedzielny poranek, gdzieś na końcu świata, wypoczęty. Pierwszy raz od kilku dni nie czuję zmęczenia. Spoglądam za okno. Znowu pada, a to oznacza, że kilkudniowa prognoza pogody w iPhonie sprawdza się każdego dnia. Trudno. Musiałem się z tym liczyć.

Po śniadaniu wskakujemy w tramwaj i jedziemy na poszukiwanie kawy. Co ciekawe, w Hongkongu ciężko znaleźć fajną, niszową kawiarnię. Jeśli nie jesteście fanami sieciowych kawiarni (których w Hongkongu jest pełno) to musicie się trochę nachodzić. My wypatrzyliśmy jedną z takich kawiarni z okien tramwaju.

Popijamy mocne espresso, a ja wyglądam za okno i zastanawiam się kiedy przestanie padać. Na dziś zaplanowaliśmy zdobycie Wzgórza Wiktorii, które teraz ukryte jest pod warstwą chmur i mgły. Idziemy w kierunku przystanku tramwajowego, z którego odjeżdżają drewniane wagoniki, wprost na wspomniane Wzgórze. Gdy stajemy w kolejce wychodzi słońce. Słońce, jakiego nie miałem okazji doświadczyć w żadnym innym miejscu na świecie. Gorące promienie ogrzewają mi kark. Momentalnie temperatura powietrza wzrasta o kilka stopni. Chowam parasol, który podczas tej podróży już mi się do niczego nie przyda. Mamy szczęście. Trafiliśmy na pogodowe okienko, które potrwa aż do naszego wyjazdu w kolejną niedzielę. Spocony, wyciągam butelkę wody i małymi krokami docieram do kasy.

Decydujemy się na zakup biletów w obie strony, oraz wejściówki uprawniającej do wejścia na taras widokowy – Peak Tower. Po chwili siedzimy już w wagoniku, na drewnianych ławkach i suniemy powoli w kierunku szczytu. Mijamy gęste liście, palmy, liany i szumiące wodospady. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Postanawiamy najpierw wybrać się na taras widokowy, a dopiero później pokręcić po okolicy.

Przeszklony budynek jest doskonale przystosowanym pod turystów centrum handlowym. Sklepy z pamiątkami, przypinki, kotki machające łapką, restauracje, toalety, wystawa fotograficzna, ruchome schody. Docieramy na taras. Kiedy kilka lat temu stanąłem na tarasie widokowym Burj Khalifa w Dubaju, myślałem, że żaden inny widok na miasto, już nigdy mnie nie zaskoczy. Myliłem się.

Słońce przygrzewa coraz mocniej. Mrużę oczy. Opieram się o metalową poręcz i po prostu gapię się przed siebie z rozdziawioną gębą. Tętniące życiem miasto pod nami zdaje się nie mieć końca. Ukryte między zielonymi wzgórzami i błękitną wodą Kowloon Bay. Niesamowity widok, którego nie da się opisać słowami.

Kręcimy się trochę przy Peak Tower. Obserwujemy jadący wagonik, który dowozi na szczyt kolejnych turystów. Czy chcemy tak naprawdę wracać na dół znów takim wagonikiem? Prawdopodobnie nigdy więcej tutaj nie wrócimy. Wchodzę do pustego centrum informacji, gdzie uśmiechnięte kobiety witają mnie radośnie. Pytam o możliwość powrotu na dół pieszo. Dostaję mapę i wskazówki o dwóch drogach. Krótszej, która ciągnie się wybrukowaną drogą wzdłuż zabudowań, oraz dłuższą, przez zielone poszycie góry. Decyzja może być tylko jedna. Po kilku minutach skręcam w boczną ścieżkę i zaczynam schodzić w dół, podziwiając bujną roślinność.

W oddali słyszę śpiew papug. Wytężam wzrok i widzę dwie białe papugi z żółtymi grzebieniami. Kakadu białe. Piękne i dostojne. Co ciekawe, ptaki te nie występują w tym rejonie świata. Zamieszkują jedynie Indonezję. Ktoś zatem musiał je wypuścić.

Schodzimy w dół. Po drodze mijają nas jedynie dwie osoby. Nikt nie korzysta z możliwości podziwiania piękna, które momentami bywa zwodnicze. Woda z małych wodospadów często spływa po ścieżce, która robi się niezwykle śliska. Stawiam ostrożnie stopy. Przez gęste liście przebijają się promienie słońca. Jestem wypoczęty i zadowolony. W końcu czuję się w swoim żywiole.

Docieramy głodni do podnóża góry i udajemy się na szybki obiad. Jest wczesne niedzielne popołudnie, a ja zastanawiam się czy w mieście akurat trwa jakiś strajk. Niektóre ulice są pozamykane. Na wielkich kartonach siedzą tłumy kobiet. Rozmawiają, tarasują ruch. Nie da się przejść w żadnym kierunku. Myślę sobie, że coś jest nie tak. Kiedy wracamy w kierunku Northpoint dociera do mnie jednak, że musi chodzić o coś innego, bo kobiety siedzą również w innych częściach miasta. Na wiaduktach, pod mostami, na schodach przeszklonych budynków. Są ich setki, jeśli nie tysiące.

Popołudniową porą spotykamy się z P.. P. mieszka w Hongkongu od dwóch lat. Wcześniej mieszkał w Dubaju i Londynie. Zdobył się na odwagę, by żyć po swojemu. Nie widzieliśmy się od kilku lat, ale gdy tylko się spotykamy, rozmawiamy ze sobą jak za czasów, kiedy każda środa była niekończącą się imprezą w pewnym mieszkaniu, w Poznaniu, przy ulicy Piekary. Kolorowy korowód zawsze później udawał się w kierunku poznańskiego klubu SQ… ale to opowieść (lub nie) na inne czasy.

Gdy idziemy w kierunku promu wypytuję P. o kobiety, które widzieliśmy dzisiaj przez cały dzień. Okazuje się, że to… pomoc domowa. Kobiety mają wolne niedziele i spotykają się w centrum miasta z koleżankami. Budują sobie fortece z kartonów, wspólnie biesiadują, tańczą i rozmawiają. Zagadka rozwiązana.

Przed wejściem na prom kupujemy w sieci 7-Eleven piwo. Picie alkoholu na ulicy nie jest zakazane. Wsiadamy na prom i płyniemy przez Kowloon Bay na drugą stronę. Ciepłe słoneczne światło oświetla wodę, a my nie możemy przestać gadać. Dowiaduję się, że P. wynajmuje dość duże, jak na obecny rynek, mieszkanie. Nikt go nie chciał, tylko dlatego, że widać z niego cmentarz. P. opowiada mi o tym, że istnieje specjalna aplikacja do wynajmu mieszkań, w której można doszukać się symbolu czaszki. Wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że osoba zajmująca lokal wcześniej… zmarła.

Spacerujemy po mieście, a ja zatrzymuję się niemal przed każdym neonem, który rozbłyskuje nade mną kolorowym światłem. Cykam kolejne zdjęcia i zastanawiam się, co kryje się pod tajemniczymi znakami. Dopiero zadzierając w górę głowę, dostrzegam, że czasami na szóstym lub siódmym piętrze kryją się salony masażu, kluby sportowe, ringi bokserskie, a nawet restauracje. P. mówi o tym, że szukając czegoś w google możemy trafić pod dobry adres, ale dane miejsce kryje się na wyższych piętrach. Okazuje się, że w Hongkongu trzeba się nieźle nagłowić, by trafić do docelowego punktu.

W gorący wieczór idziemy spokojnie w kierunku nabrzeża sącząc zimne piwo, które przy tej temperaturze nie jest w stanie uderzyć do głowy. Docieramy do Hong Kong Cultural Center i  siadamy na metalowych barierkach. Obserwujemy Hong Kong Island. Wysokie przeszklone budynki mienią się w ciemności kolorowymi światłami. Wszystko wydaje się oderwane od rzeczywistości. Dopiero teraz tak naprawdę dociera do mnie, że jestem na drugim końcu świata. Że spełniam kolejne marzenie, i że mam dookoła siebie fantastycznych ludzi. Migoczące światła odbijają się w wodzie. P. pyta czy wybieramy się do Makau. Owszem, planowaliśmy, na jeden dzień w środku tygodnia. Musicie płynąć na dwa dni – namawia nas P. – Musicie zostać na noc i zobaczyć to miasto wieczorem. Obiecujemy, że się zastanowimy. Zmęczeni ruszamy w kierunku metra, środka transportu, którego w Hongkongu używamy najrzadziej. Starsza kobieta z głośnikiem w dłoni wykrzykuje na stacji metra informację: jechać prawą stroną schodów, trzymać się poręczy! Najwyraźniej w Hongkongu każdy znajdzie pracę.

Późnym wieczorem docieramy do hotelu. Zasypiam z poczuciem, że powoli zaczynam czuć to miasto. Jego dziwaczny rytm. Będziemy tu jeszcze tydzień. Tyle jeszcze może się wydarzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *