Powroty

Powroty…

Ilekroć wracam do miasta, które miałem okazję już wcześniej odwiedzić, zastanawiam się czy coś jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć. Czy powroty mają sens? Za każdym razem zadaję sobie to pytanie siedząc w samolocie i zmierzając na spotkanie, które kiedyś już się odbyło. A jednak, za każdym razem dostaję jednoznaczną odpowiedź: warto wracać. Nie można powtórzyć przeszłości – mówi bohater książki Wielki Gatsby. To prawa, nie można. Ale można wrócić, i zrobić wszystko inaczej.

Berlin. Jedno z moich ukochanych miast. Oddalone niecałe cztery godziny jazdy samochodem od mojego rodzinnego miasta. Jest zimno. Staram się nie myśleć o tym, przechadzając się ulicami, które tak dobrze znam. W końcu to tylko krótki przystanek. Już za kilkanaście godzin ruszę dalej.

Budzę się w nocy, w ostatni dzień roku. Wsiadam w taksówkę i pierwszy raz zmierzam na lotnisko Tegel. Właśnie skończyłem 34 lata. W ostatni dzień roku. Od jutra zacznę odliczać do 35.

Siedzimy w samolocie. Jest szósta rano gdy dostajemy śniadanie. Krótko po nim większość osób zasypia. Nagle słyszę: to teraz musisz iść do kogoś z personelu pokładowego i poprosić o to. W rękę dostaję telefon, a na nim mail z zamówioną na moje nazwisko urodzinową butelką szampana. Nie wiem co mam powiedzieć. Proszę stewarda o pomoc, pokazując mu złożone kilka tygodni wcześniej zamówienie. Po chwili cały personel pokładowy pojawia się przy moim miejscu z butelką schłodzonego szampana. Składają mi urodzinowe życzenia. Okazuje się, że jedna ze stewardess również urodziła się 31 grudnia. Leci do domu, będzie miała dziś wolny dzień. Jest godzina 6:45, a ja jestem pijany.

Widzę ją w pijanym widzie. Znam ją tak dobrze. Rozciąga się pod nami w pełnym słońcu. Lizbona.

Świat w obrazach.

1.

Sylwestrową kolację jemy w Casa da India, miejscu które odwiedzamy zawsze będąc w Lizbonie. Po wszystkich moich poleceniach powinienem już mieć odpalany procent od utargu. Ten rodzinny biznes znajduje się przy Rua do Loreto 45. Można tu zjeść doskonałego pieczonego kurczaka i wyborne owoce morza i ryby. Wszystko to w otoczeniu odrapanych ścian, odłażącej wszędzie tapety i łuszczącej się farby. Tym razem siedzimy przy zbiorczym stole z obcymi ludźmi. Cztery ciemnoskóre dziewczyny przyjechały świętować z Londynu. Zależy im tylko na wypiciu tequilli, ale dostają likier ginjinha. Biorą podwójny. Później potrójny. Jedzenie wezmą na wynos. Na naszym stole ląduje butelka białego wina z kogutem na etykiecie. Z drugiej strony siedzi para gejów z Mediolanu. Opowiadają o Sylwestrze spędzonym w Panamie. Fajerwerki były tak głośne, że myślałem, że nas bombardują – opowiada starszy z mężczyzn. Na koniec dostajemy rachunek, o czterdzieści euro przekraczający nasze zamówienie. To nie nasz rachunek. Kelner przeprasza. Nic się przecież nie stało. Żegnamy się z wszystkimi i życzymy wszystkiego dobrego. Powolnym krokiem ruszamy krętymi uliczkami w kierunku winiarni Graca do Vinho. Wypijamy kolejne dwie butelki i postanawiamy, że tym razem chcemy zobaczyć fajerwerki, których nigdy nie udaje nam się zobaczyć w sylwestrowy wieczór. Siedzimy na Placu Luis de Camoes. W Polsce wybija północ. Tu jest dopiero godzina 23. Dzwonią przyjaciele i znajomi. Pytam jak jest w 2019 roku. Jak jest w przyszłości? Godzinę później też tam jestem. Jadąc na elektrycznej hulajnodze, kątem oka dostrzegam fajerwerki nad Praca do Comercio.

2.

Słoneczne popołudnie. Szesnaście stopni. Słońce przygrzewa na tyle mocno, że ściągam kurtkę. Zostaję w samym tshircie i wystawiam twarz do słońca. Kelnerka przynosi zimne piwo i espresso. Z głośników sączy się leniwa muzyka. Wszystkie stoliki są zajęte. Chociaż na tarasie widokowym, oddalonym zaledwie o kilkanaście metrów, byłem wielokrotnie, nigdy nie zwróciłem uwagi na to miejsce. Muzeum Farmacji, przy Rua Marechal Saldanha. Jak było w muzeum? Nie wiem! Ale mają pięknie zaaranżowany ogród z patio i restauracją. I nasłonecznienie, które gwarantuje maksimum wykorzystania pozytywnej energii. A muzeum kiedyś odwiedzę. Innym razem.

3.

Zima w Lizbonie. Zima w Lizbonie.

Warszawa. Lipiec 2018. Wpis na facebooku:

Wracam z Warszawy, z Big Book Festival. Możliwość poznania Antonio Munoz Moliny, autora Zimy w Lizbonie, to najciekawsze zawodowe doświadczenie w mojej dotychczasowej karierze. Jeszcze nigdy, z żadnym zagranicznym autorem nie rozmawiało mi się tak dobrze. Fantastyczny, otwarty człowiek, chcący dowiedzieć się jak najwięcej o życiu, o innych, o Polsce.

Poznań. Listopad 2018.

Klepię na klawiaturze treść maila. Pytam Antonio, czy przypadkiem nie będzie go w Lizbonie w czasie, w którym ja wybieram się do tego magicznego miasta. Wiem, że mieszka w Madrycie, ale ma także mieszkanie w stolicy Portugalii. Po kilku dniach otrzymuję wiadomość. Wybierają się z żoną do Lizbony pod koniec grudnia. Będą na miejscu do połowy stycznia.

Lizbona. Styczeń 2019.

Spotykamy się w piątkowy poranek przy posągu Fernando Pessoa. Od razu przepraszam, że nie jestem ubrany godnie na spotkanie. Mam na sobie bluzę i biały tshirt. Nie zabrałem ze sobą żadnej koszuli. Antonio tylko się śmieje. Wchodzimy do Pasteleria Bernard i siadamy przy jednym ze stolików. Zamawiamy kawę i pastéis de nata. Przez kolejną godzinę rozmawiamy. O Lizbonie, o zmianach jakie zaszły w tym mieście. O nowej książce. O starej książce. O książkach. O Polsce. O miejscach, których jeszcze nie poznałem w Lizbonie. Dostaję od Antonio listę miejsc, które powinniśmy zobaczyć. Antonio wypytuje mnie o podróż do Hongkongu. O Makau. Czy faktycznie wpływy portugalskie są tam tak widoczne. Pokazuję mu kilka zdjęć. Pokazuję również fotografię ulicy w Lizbonie. Tej, która znalazła się na polskiej okładce jego książki. Godzinę później żegnamy się, a ja mam poczucie, że to była dobrze spędzona godzina. Przysiadam na ławce na placu Luis de Camoes i przypominam sobie cytat z książki…

„… żyła w ciągłym niepokoju i przeczuciu, że jej prawdziwe życie czeka na nią w innym mieście i pośród innych ludzi…”

4.

Jedziemy starym tramwajem pod górę. To nowa linia, uruchomiona zaledwie kilkanaście tygodni wcześniej. Drewniany tramwaj trzeszczy na każdym zakręcie. Docieramy do pętli i schodzimy stromą ulicą w dół. Wiemy, że idąc prosto dotrzemy do Belem. Nie wiemy, że za wysokim murem kryje się stary cmentarz. Wchodzimy, i w ciszy krążymy przez chwilę wśród małych dzieł sztuki. Kiedy wychodzimy z cmentarza i ruszamy w dalszą drogę Calcada Galvao dostrzegam po lewej stronie otwartą bramę, prowadzącą do wielkiego ogrodu. Okazuje się, że to Jardim Botanico d’Ajuda. Przez kilkadziesiąt minut kręcimy się po zielonym zakątku. Idąc w kierunku Belem odkrywamy drugi ogród – Jardim Botanico Tropical. Za 2 euro od osoby można pospacerować wśród tropikalnej roślinności. Pawie prężą się w słońcu.

5.

Wskakuję na elektryczną hulajnogę i niepewnie ruszam po wybrukowanej ścieżce. Dopiero po chwili wjeżdżam na ciągnącą się w nieskończoność, idealnie gładką ścieżkę rowerową. Suniemy w kierunku mostu, który znika we mgle i chmurach. Hulajnogi zostawiamy niedaleko mostu. Dalej pójdziemy pieszo. Wchodzimy na dach. Mały pies szczeka na swojego właściciela i radośnie merda ogonem. Kierujemy się przez kładkę na drugą stronę ulicy. Mijamy designerskich dom. Przez chwilę zastanawiam się kogo stać na tak piękny dom w takim miejscu. Skręcamy w prawo i po krótkim spacerze mijamy Museu de Carris – muzeum techniki i komunikacji miejskiej. Kilkanaście metrów dalej wchodzimy w oświetloną neonami bramę. Znów jesteśmy w LX Factory. Jemy obiad w jednej z restauracji. Siedzimy na świeżym powietrzu. Z głośników leci muzyka, zagłuszana rozmowami i śmiechem ludzi.  Jak za każdym razem wchodzę do ogromnej księgarni. Wrócimy tu wkrótce na piwo. W prezencie dostanę pierwszą przeczytaną w 2019 roku książkę. Anglojęzyczne wydanie The Island of Doctor Moreau. Rozmawiam przez chwilę ze sprzedawcą książek. O tym jak zmieniła się Lizbona. Jak bardzo stała się miejscem turystycznym, w którym ciężko o miejsce w tramwaju. Żegnam się. Pewnie jeszcze tu wrócę.

6.

Chcę wiedzieć dokąd jedziemy wieczorową porą. Zobaczysz – słyszę w odpowiedzi. Docieramy tramwajem do 1908 Lisboa – hotelu wybudowanego przy Av. Alm. Reis. Na parterze znajduje się Infame Restaurant & Lounge Bar. Wchodzimy do baru a ja dostrzegam na ścianie wielką rzeźbę, autorstwa Bordalo II. Zamawiamy po dużym piwie. Chilloutowa muzyka sączy się z głośników. Rozmawiam chwilę z dziewczyną z obsługi, dopytuję o to jak namówili artystę na wykonanie muralu akurat u nich. Okazuje się, że właściciel zna się z artystą. Dziewczyna prowadzi mnie do hotelowej recepcji i włącza dodatkowe oświetlenie. Moim oczom ukazuje się następna rzeźba. To kolejne rzeźby z odpadków i niepotrzebnych rzeczy, znalezione przeze mnie w Lizbonie. Obok ogromnego szopa pracza, osy i lisa. Prace Bordalo II można też znaleźć w innych miastach, na całym świecie.

7.

Canto do Sol. Słoneczny zaułek. Odkrywam to miejsce pierwszy raz. Zupełnym przypadkiem. Na kremowej ścianie wiszą fotografie ludzi. Czytam historię kamienicy i jej ogrodu. Okazuje się, że fotografie przedstawiają mieszkańców, którzy na przestrzeni lat zamieszkiwali to miejsce. Projekt ma podkreślać, jak ważne jest wsparcie lokalnej społeczności i serdeczność sąsiadów. Jak bardzo w ciężkich lub niepewnych czasach trzeba polegać na innych ludziach.

8.

Bowls&Bar. R. de São Bento 51.

Dostrzegam potykacz z hasłem: Wejdź i spróbuj najgorszej kawy jakiej kiedykolwiek spróbował jeden facet na trip advisorze. Wybucham śmiechem. Wchodzimy do środka i siadamy przy ogromnym oknie. Zamawiamy espresso i piwo. Przez godzinę przeglądam magazyny i wyglądam za okno za każdym razem, gdy przejeżdża obok stary tramwaj. Nadal robią na mnie wrażenie. To się nie znudzi.

9.

Jest późny wieczór. Jedyny zamglony i mroczny. Delikatne kropelki osiadają na twarzy. Mrużę oczy. Stary, wyłączony neon pamięta czasy świetności. Powoli czuję, że wracamy do domu.

10.

Wrócę tutaj na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *