Welcome to Hong Kong! Część 4.

Welcome to Hong Kong! Część 4.

W poniedziałkowy poranek zmierzamy w kierunku metra. Przed nami około godzinna podróż na Lantau Island, którą do tej pory widzieliśmy tylko przez krótką chwilę, lądując na Chek Lap Kok. Kiedy momentami suniemy metrem na powierzchni ziemi, znów mam poczucie, że to miejsce przypomina dystopię jak w Igrzyskach Śmierci. Mijamy blokowiska i dziwnie wyglądające stacje metra, by w końcu dotrzeć do Tung Cheng.

Ogromne centrum handlowe z wyprzedażowymi sklepami nie jest jednak naszym (głównym) celem podróży. I tak nie znajdę tu butów w moim rozmiarze. Kierujemy się w kierunku wagoników linowej kolejki – Ngong Ping 360. Ngong Ping to wyżyna w zachodniej części wyspy.

Kupujemy bilety w obie strony. W zależności od chęci, można nabyć bilet na gondolę z przeszkloną podłogą by doznania były jeszcze ciekawsze. My wybieramy tę zwyczajną. Dosiada się do nas starsze małżeństwo z córkami. Przylecieli z Australii.

Suniemy w górę i w dół, a ja na chwilę dostaję paranoi, że to tylko metalowe puszki zawieszone na linkach na wysokości kilkudziesięciu metrów. W dole, wśród bujnej roślinności dostrzegam ścieżkę. A więc do Ngong Ping można dotrzeć też drogą lądową. Można, ale droga ta wiedzie przez wzgórza i trwa kilka godzin. Podróż gondolami trwa około dwudziestu pięciu minut. Rozglądam się dookoła. Dostrzegam najdłuższy most, który jest jeszcze w tym czasie w budowie, i który na chwilę znika w podwodnym tunelu. To most do Makau, który ma skrócić czas dotarcia do tego miejsca do niecałych trzydziestu minut.

Rozmawiamy przez chwilę z przybyszami z Australii. Pytają co już widzieliśmy. Sami byli w Hongkongu kilkanaście lat temu. Wtedy też odwiedzili Makau. Przekonują nas, że warto wybrać się tam na dwa dni.

Wkrótce widzimy w oddali posąg Buddy i wioskę u jego podnóży. Wysiadamy z gondoli i żegnamy się z Australijczykami. Słońce zdaje się grzać jeszcze mocniej niż poprzedniego dnia, ale nie zamierzam narzekać. Posąg Buddy robi wrażenie nawet z odległości. Ale zanim do niego dotrzemy czeka nas przejście przez turystyczny szlak: na lewo sklep z pamiątkami, na prawo Starbucks, kawałek dalej 7-Eleven. Kupujemy na zapas dużą butelkę wody mineralnej, która kosztuje tutaj trzy razy więcej niż w centrum Hongkongu. Na trawnikach pasie się kilka krów. Nie ma jeszcze wielu turystów. Pewnie przybędą tu później, w godzinach popołudniowych.

Wspinam się po schodach prowadzących do posągu Buddy Tian Tan. Jest to największy na świecie posąg siedzącego Buddy, wykonany z brązu. Jego budowę zakończono w 1993 roku. Pomnik stoi w centralnym punkcie i otoczony jest mniejszymi figurami.

Po przeciwległej stronie usytuowany jest Klasztor Po Lin. W ciszy przechodzimy z jednej sali do drugiej. Nie mogę oderwać wzroku od rzeźbionych filarów i wszystkich kolorów, które eksplodują w świetle słońca. Na wzgórzu spędzamy całe przedpołudnie. Wracając gondolą zastanawiamy się nad podróżą do Makau.

Po powrocie na Hong Kong Island udaję się do terminala promowego podpytać o bilety na prom do Makau. Bilety można kupić z wyprzedzeniem, ale też przed samym wyruszeniem w podróż, nie mając jednak gwarancji, że uda nam się dostać miejsce o interesującej nas godzinie. Wszystkie miejsca są siedzące. Trzeba ze sobą zabrać paszport – informuje mnie kobieta w okienku. Ok. Postanowione, wieczorem podejmiemy tylko decyzję czy płyniemy na jeden dzień, czy jednak przenocujemy w Makau.

Idziemy do dzielnicy Soho w poszukiwaniu jedzenia. Długa kolejka, w której nie widać ani jednego turysty, wije się przed małą, obskurną restauracją. Stajemy na końcu i czekamy na swoją kolej. Kau Kee, restauracja polecana przez przewodnik Michelin, znajduje się przy Gough Street 21. Miejsce to ma ponad dziewięćdziesięcioletnią tradycję, stąd tak długie kolejki. W Hongkongu nikt nie daje turystom taryfy ulgowej, nie szuka najlepszego stolika i nie czeka aż zwolni się „dwójka”, bo takie stoliki najnormalniej w świecie nie istnieją. Siadamy z dwoma młodymi Chinkami przy ostatnim stole. Siedzę wciśnięty między ścianę, upaćkane lustro i buchający gorącem wyciąg kuchenny. Na stole znajduję plastikowe pałeczki, miseczkę na resztki oraz plastikowe łyżki. Zamawiamy noodle z wołowiną w rosole. Jedzenie jest pyszne i warte każdego wydanego dolara. Miseczki z których jemy myte są w ogromnych plastikowych wiadrach, wodą z węża podłączonego do kranu w ścianie. Starsza kobieta wyciera miseczki brudną szmatką. Płacimy przy wyjściu na podstawie kartki z rozpiską dań, które zjedliśmy. W większości tego typu miejsc płacić można jedynie gotówką.

Marzymy o kawie. Zwyczajnym, dobrym espresso, które nie zostanie podane w sieciówce. Kręcimy się przez chwilę po okolicy i docieramy do Halfway Coffee przy Upper Lascar Row. Wypijamy idealnie zaparzone espresso, a później kręcimy się po targu staroci na tej, i sąsiednich ulicach. Jest tu dosłownie wszystko od starych butelek po szampanie zaczynając, przez monety, wypłowiałe zdjęcia, na potłuczonych filiżankach kończąc.

Upalny dzień powoli dobiega końca, a słońce tli się jeszcze na górnych partiach budynków. Szukamy miejsca, w którym możemy wypić piwo. Tym samym, zupełnym przypadkiem trafiamy do Craftissimo, przy Tai Ping Shan Street, w dzielnicy Sheung Wan. Mały, ukryty w bocznej uliczce sklep i bar sprzedający piwa. Wybieramy kilka puszek i siadamy w zapyziałej uliczce. Pracownik baru nalewa mi do kubeczka dwa inne piwa i prosi o opinię. Są nowe, jeszcze ich nie sprzedajemy – mówi. Pyta jaki smak wyczuwam w obu trunkach. Notuje sobie moją opinię. Na ławce przed barem spędzamy pół godziny. Kręcimy się po okolicy, gdzie można znaleźć między innymi małą księgarnię i kilka niszowych herbaciarni oraz sklep z okularami połączony z kawiarnią. W kolejnej bocznej uliczce odbywa się sesja zdjęciowa, tuż obok ktoś rąbie pieczonego świniaka rzuconego na stół przykryty ceratą.

Wieczorową porą docieramy do hotelu. Piszemy do wybranego przez nas hotelu w Makau kilka pytań. Wybieramy Sofitel Macau At Ponte 16. W ramach programu premiowego nocleg będzie kosztował niecałe dwieście złotych. Decydujemy się na nocleg z środy na czwartek. Jutro kupimy bilety na prom, a kolejnego dnia ruszymy zobaczyć o co tyle zamieszania z tym całym Makau.

Wypijam zimne piwo leżąc na hotelowym łóżku. Mój organizm doszedł już dawno do siebie po zmianie czasu i strefy klimatycznej. Nie chce mi się spać. Wychodzę samotnie pokręcić się po bocznych uliczkach. Jest ciemno i duszno. Neonowe światła rozświetlają wnętrza bram i zaułków. Docieram w okolicę warsztatu samochodowego, gdzie kilku mężczyzn gra w karty. Przestają ze sobą rozmawiać i spoglądają na mnie jak na intruza. Kogoś, kogo nie spodziewali się w tym miejscu. Przecież tu nie ma turystów, więc biały facet, wieczorową porą w takim miejscu nie pasuje do reszty obrazu. Wyglądają na lekko przestraszonych. Odchodzę i szukam kolejnych dziwnych miejsc. Docieram do wejścia z windą, która wygląda jak wyrwana z horroru. Wycofuję się, by w kolejnej uliczce zobaczyć starszego pana wychodzącego z bramy. Wygląda na zagubionego. Chwilę później dołącza do niego żona, trzymająca w dłoni jedzenie na wynos. Przez godzinę krążę od jednej uliczki do drugiej. Wracam spocony do hotelu i wskakuję pod prysznic. To był dobry dzień. Jutro będziemy odpoczywać i pojedziemy do jednego z kilku najbardziej instagramowych miejsc w Hongkongu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *