Welcome to Hong Kong! Część 5.

Welcome to Hong Kong! Część 5.

Wtorek wita nas niebieskim niebem. Słońce przebija się między wysokimi budynkami, a my planujemy odpocząć. Wsiadamy w autobus na Northpoint. Udaje nam się zająć miejsce przy przedniej szybie. Znów wlepiam swój wzrok w widoki za oknem: zielone wzgórza, biurowce i apartamentowce wybudowane jedne obok drugich, kręte drogi, po których suną czerwone i zielone taksówki.

Niecałą godzinę później docieramy do miejsca przeznaczenia. Plaża Repulse Bay Beach znajduje się dokładnie po przeciwległej stronie wyspy Hong Kong. Wysiadamy z autobusu a poranne słońce grzeje z ogromną siłą. Kupujemy w pobliskim 7-Eleven zapas wody mineralnej i wchodzimy na rozgrzany piasek. Na plaży nie ma prawie nikogo oprócz nas i ratowników. Dookoła wybudowano piękne apartamentowce, które w przeważającej części wyglądają na opustoszałe. To nie pora na piękną pogodę i plażowanie. A jednak, nam się udaje.

Przy wejściu na plażę widnieje informacja o rekinach, i o tym by nie wypływać za wyznaczoną strefę. Deska surfingowa wbita w piasek nie dotykała wody chyba od kilku dobrych tygodni. Rozkładam ręcznik i wklepuję w siebie krem z filtrem 50. Kilka godzin później przekonam się, że 1. 50 nie wystarczy; 2. W Hongkongu można (a nawet trzeba) kupić kremy z filtrem powyżej 100 (takie istnieją!). Idę pomoczyć nogi w chłodnej wodzie. Na prawo w niedalekiej odległości widać Middle Island. Po lewej natomiast wysepkę Tau Chau. Tankowce i kontenerowce wyglądają jak małe zabawki. Wracam na ręcznik i zasypiam w coraz większym upale.

Budzi mnie odgłos podjeżdżającego autobusu, z którego wysiada kilkudziesięciu osobowa grupa turystów z Japonii. Szczelnie osłonięci od słońca, w szalach i kapeluszach, radośnie stąpają w po piasku i robią sobie zdjęcia na tle zatoki. Zajmuje im to niecałą minutę. A później podjeżdża kolejny autobus. I kolejny. I jeszcze jeden. Wszystko odbywa się niemal z teatralną oprawą. Autobus, grupa ludzi, szybkie zdjęcie, uśmiechy, powrót do autobusu. Na krótką metę jest to nawet zabawne, na dłuższą dość uciążliwe. Uświadamiam sobie, że właśnie dlatego nie jeżdżę na zorganizowane wycieczki.

Gdy kolejne autobusy podwożą hałaśliwe grupy, postanawiamy przenieść się na inną plażę, kawałeczek dalej. Zahaczamy o sklep, gdzie kupujemy coś do zjedzenia, kilka puszek piwa i kolejny zapas wody mineralnej. Idziemy na nieodległą Middle Bay Beach. Gdy docieramy na miejsce okazuje się, że jesteśmy tam zupełnie sami. Ratownik zdaje się nie dowierzać, że ktoś pojawił się na jego obszarze. Wypijam zimne piwo, co w tych warunkach atmosferycznych jest najgorszą możliwą decyzją. Alkohol szybko uderza mi do głowy, ale na szczęście nie na tyle bym poszedł pływać. A pływam beznadziejnie.

Pierwszy raz w życiu kładę się na mokrym piasku tuż przy wodzie. Gapię się na niebieskie niebo i po raz pierwszy od dawna… odpoczywam. Kilka piw później dochodzimy do wniosku, że nie można zmarnować tak pięknego dnia i słonecznej pogody. Wracamy na maluteńką, odosobnioną plażę, zaledwie kilkanaście metrów od Middle Bay Beach. Ściągam kąpielówki i opalam się nago, co jest kolejnym głupim pomysłem tego dnia, biorąc pod uwagę fakt, że mój blady tyłek nie widział słońca od kilku miesięcy.

Po kilku godzinach spędzonych przemiennie w promieniach słońca, cieniu i w wodzie, dochodzimy do wniosku, że pora zwijać się do hotelu. Wystarczy. Moje ciało nie jest brązowe. Ani lekko, ani mocno. Jest czerwone. Zgłupiałem, na chwilę odjęło mi rozum. Trudno. Jestem na wakacjach.

Popołudniową porą, kiedy moja skóra w końcu robi się brązowa, ruszamy w poszukiwaniu jednego z najbardziej instagramowych miejsc w Hongkongu.

Choi Hung Estate jest jednym z najstarszych osiedli w Hongkongu. Znajduje się w Wong Tai Sin District. W centralnej części znajduje się kilkupoziomowy parking, na dachu którego rozmieszczono boiska do koszykówki. To właśnie z tych boisk ludzie robią zdjęcia na swoje instagramowe profile. Kolorowe elementy bloku naprzeciw stanowią doskonałe tło dla sesji zdjęciowych mniej lub bardziej znanych osób uzależnionych od instagrama. Ja również do nich należę.

Na dachu spędzamy kilkanaście minut, próbując zrobić zdjęcia, na których będzie jak najmniej obcych ludzi. Gdy zaczyna robić się ciemno ruszamy na targowisko na Sham Shui Po. To tutaj można kupić ubrania i akcesoria modowych gigantów. Niekoniecznie oryginalne i zdecydowanie tańsze. W boksach z materiału, na wyłożonych ceratą stołach leżą torebki od Louis Vuitton, portfele Gucci i paski Dolce&Gabbana. Przez chwilę przyglądam się doskonale podrobionej nerce od Supreme. Niczego nie kupuję. Mimo, że wiele towarów wygląda jak „prawdziwa”, ja wiedziałbym że tak nie jest. A nerkę jeszcze kiedyś sobie kupię.

Wieczorową porą mijamy jeszcze małe targowisko z seks-gadżetami. Otwieram puszkę zimnego piwa. Na tyłach targowiska trwa karaoke. Kilka plastikowych krzesełek i stolików. Kolorowe światełka i mężczyzna wydzierający się do mikrofonu. Hongkong znowu mnie zaskakuje. Jesteśmy w połowie naszego pobytu w tym dziwacznym miejscu. W powietrzu wisi obietnica jutra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *