Welcome to Hong Kong. Część 6. / Viva Las Vegas!

Welcome to Hong Kong. Część 6. / Viva Las Vegas!

W środowy poranek znów świeci słońce. Pakuję w mały plecak tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, paszport, wodę mineralną i ruszamy tramwajem w kierunku Hong Kong Ferry Terminal. Bilet w dwie strony do Makau to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych. My kupiliśmy bilet dzień wcześniej. Czekamy więc w kolejce na prom.

Promem płynie się do Makau niewiele ponad godzinę. Przypomina on bardziej samolot niż zwyczajny statek. Miejsca są numerowane, trzeba zapiąć pasy, a po pokładzie chodzą stewardzi, którzy oferują napoje, przekąski, a nawet papierosy (których oczywiście nie wolno palić na pokładzie).

W podróży czytam trochę o Makau, gdyż jak ostatni ignorant nie dowiedziałem się niczego wcześniej. No może poza tym, że miejsce to słynie z hazardu i kasyn. Zaskoczony odkrywam pewną informację, o której nie wiedziałem, a która znacząco wpłynie na jakość mojego odbioru tego fascynującego miejsca.

Docieramy przedpołudniową porą na miejsce i idziemy pieszo w kierunku naszego hotelu. Żar z nieba leje się jeszcze większy niż w Hongkongu. Nie wiem jak to możliwe, ale spocony brnę przed siebie w koszulce bez rękawów. Zwracam uwagę na chodniki, które tak dobrze znam z… Porto i Lizbony. Bruk ułożony jest w charakterystyczną portugalską mozaikę. Makau było pierwszą, i istniejącą najdłużej, kolonią europejską na terenie Chin. W 1974 roku rząd portugalski zdecydował zrzec się wszystkich kolonii zamorskich. W 1999 roku zwierzchnictwo nad Makau przejął rząd chiński.

W Makau czuję się zupełnie inaczej niż w Hongkongu. Nie jestem tak bardzo przytłoczony. Europejskie korzenie tego miasta widoczne są na każdym kroku. Ktoś suszy w bramie złowione wcześniej ryby, koty wygrzewają się  na rozgrzanym bruku, pranie zwisa ze sznurków zawieszonych między rozpadającymi się budynkami. W oddali widzę fragment Katedry św. Pawła, która ucierpiała w 1835 roku. Po pożarze pozostała jedynie południowa fasada kościoła.

Docieramy do hotelu Sofitel, przed którym kłębią się tłumy turystów z całego świata. Budynek jest spory, a do recepcji wjeżdża się ruchomymi schodami. Gdy tylko wjeżdżam do lobby, uderza we mnie fala przyjemnego chłodu. Widzę bukiety prawdziwych kwiatów, pięknie zdobione żyrandole i grube dywany. Podchodzę do recepcji i podaję nazwisko z rezerwacji. Natychmiast zostaję poproszony na bok i czuję, że coś się święci, ale nie wiem jeszcze co to takiego. Szybko okazuje się, że chodzi o hotelowy status, który wypracowaliśmy w sieci Accor na przestrzeni lat i wszystkich podróży. Uprzejma pani z recepcji przydziela nam dziewczynę, która zaopiekuje się nami w hotelu.

Uśmiechnięta kobieta prowadzi nas w kierunku bezszelestnych wind i wyprasza osoby, które usiłują również jechać na wyższe piętra. Wciska przycisk ostatniego piętra. Gdy suniemy w górę opowiada o hotelu, wspomina o basenie i siłowni oraz o wszystkich atrakcjach, takich jak restauracje, spa i kasyno. Docieramy na ostatnie piętro, na którym kobieta przekazuje nas swojej koleżance. Spoglądam na plakietkę na jej marynarce. Princess. Uśmiecham się pod nosem.

Princess prowadzi nas do prywatnej recepcji, gdzie zostajemy poczęstowani jaśminową herbatą. Dostajemy też nawilżone ręczniczki żeby trochę się odświeżyć. Rozmawiam z recepcjonistką o szalonym upale jaki panuje za oknem. Ta uśmiecha się tylko i mówi, że mamy szczęście, bo prognozy pogody przewidywały opady deszczu przez cały tydzień, tymczasem pojawiło się dwudniowe pogodowe okienko.

Na ostatnim piętrze jest tylko 16 apartamentów. Jeden z nich, z widokiem na całe miasto, będzie należał do nas. Recepcjonistka wraz z Princess informują nas o prywatnym lobby, w którym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę dostępne są przekąski i napoje. Wyliczają również godziny poczęstunków, popołudniową degustację win i poranne godziny śniadań. Pierwszy raz w życiu czuję się jak gwiazda, tylko dlatego, że od lat jestem lojalny jednej hotelowej firmie.

Gęba mi się śmieje, gdy wchodzimy do apartamentu. Łóżko jest większe od mojego pierwszego, wynajmowanego w Poznaniu mieszkania. Wanna w łazience jest tak ogromna, że mogę położyć się w niej na płasko i jeszcze wystarczy miejsca. Naprzeciw wanny wisi telewizor. Pilotem odsłaniam ciężkie, grube zasłony, a moim oczom ukazuje się fascynujący widok na całe miasto. Pod samym hotelem, w dole, dostrzegam zniszczone budynki mieszkalne. W oddali wielki złoty budynek Grand Lisboa Macau. I wtedy uderza mnie to samo uczucie, które towarzyszyło mi już wcześniej. Dystopia. Z tego poziomu widziana jeszcze wyraźniej. Igrzyska śmierci. W oddali Kapitol. Przerażająca wizja świata.

Przy basenie jesteśmy tylko my. Chłodna woda daje wytchnienie od upału. Wkrótce pojawiają się kolejne dwie osoby. I tyle. Nikt więcej nie zakłóca tu ciszy i spokoju. Słychać tylko szum wody i muzykę sączącą się z głośnika.

Po odpoczynku kręcimy się wąskimi, brukowanymi uliczkami Makau, w poszukiwaniu kolejnych portugalskich śladów. Na niemal każdym narożniku można kupić tradycyjne portugalskie ciasteczka. Ruiny widzianej wcześniej z oddali Katedry robią ogromne wrażenie. Zastanawiam się jak mogła wyglądać całość tego budynku przed pożarem. Czuję się jakbym spacerował uliczkami Lizbony, szczególnie, gdy docieram na… Praca De Luis De Camoes (mój ulubiony placyk w Lizbonie).

Popołudniową porą siadam przy marmurowym stoliku, a Princess jednym płynnym ruchem nalewa do idealnie schłodzonego kieliszka, idealnie schłodzone prosecco. Zjadam kilka kawałków świeżego ananasa. Spędzimy tutaj prawie dwie godziny wypijając kolejne kieliszki i jedząc serwowane przekąski, sery i owoce. Odpalam facebooka i wrzucam zdjęcie z krótkim opisem: „Bo mój przyjaciel zawsze powtarza, że życie trzeba spijać z kryształowych kieliszków a nie siorbać z blaszanego kubeczka! Za marzenia!”. W tym czasie Princess przygotowuje mój pokój… do snu. Gdy wracamy do pokoju by przebrać się na wieczór, przy łóżku uszykowane są hotelowe kapcie. Na ziemi leży również mały ręczniczek, na którym mogę postawić bose stopy po przebudzeniu się rano. Na nocnym stoliku czeka woda mineralna i szklanka. Złożone szlafroki leżą ułożone w kosteczkę na łóżku.

Zdecydowanie zbyt mocno wstawieni kierujemy się w stronę przystanku autobusowego i jedziemy do mekki hazardzistów. Makau to bowiem… chińskie Las Vegas. Gdy docieramy na miejsce przecieram oczy ze zdumienia. Chociaż nie byłem w Stanach, a Las Vegas znam tylko z filmów, książek i gazet, Makau wydaje się być namiastką amerykańskiego miasta. Zaczynamy naszą wycieczkę od pierwszego kasyna, by po chwili pobiec do centrum handlowego stylizowanego na… Wenecję. Prada, Gucci, Louis Vuitton, wszystkie możliwe marki umieszczono tutaj pod niebieskim niebem, które wygląda jak prawdziwe. Na wodzie, w kanałach, krążą gondole. Obraz ten jest jednocześnie kiczowaty i fascynujący, szczególnie dla kogoś kto był w prawdziwej Wenecji. Udajemy się do kolejnego kasyna. Siadam przed automatem i wkładam banknot. Przyciskam trochę na oślep migające guziki i… wygrywam. Maszyna zaczyna wydawać z siebie różne dźwięki, a kolorowe światła migają we wszystkich możliwych barwach. Oczami wyobraźni widzę kolejne podróże po całym świecie, za gruby hajs, który zaraz zgarnę. Po chwili pojawia się wydruk z kwotą. Wygrywam równowartość biletu na tramwaj w Hongkongu.

Wychodzimy z kasyna w poszukiwaniu przystanku autobusowego, by wrócić do hotelu. Jest chwilę po godzinie 23. Wieża Eiffla rozbłyska tęczowymi kolorami, a z głośników umieszczonych na wieży rozbrzmiewają piosenki Katy Perry, Abby, oraz motyw przewodni z filmu La, La, Land. Tuż obok dostrzegam ogromny hotel, a w jego wnętrzu wycięty fragment budynku w kształcie cyfry osiem. W ósemce powoli poruszają się gondole młyńskiego koła.

Wracając do hotelu szukamy otwartego sklepu. W jednej z bocznych uliczek znajduję otwarty sklepik, w którym kupuję butelkę białego wina. Gdy mijam naszą prywatną recepcję, recepcjonistka uśmiecha się. Po kilku chwilach słyszę pukanie do drzwi. Obsługa hotelowa przesyła wiaderko wypełnione lodem, oraz dwa kieliszki do białego wina. Enjoy your stay, sir – słyszę od młodego mężczyzny. Otwieram wino i siadam na fotelu przed oknem z kieliszkiem w dłoni. Milion kolorowych świateł migocze w oddali. Przeżywam kolejną przygodę życia. Jestem szczęściarzem.

Po pysznym śniadaniu z live cookingiem, do którego wypijam kolejne trzy kieliszki prosecco, wyruszamy na spacer po Makau. Znajduję kilka elementów ulicznej sztuki. Słońce zdaje się świecić jeszcze intensywniej niż poprzedniego dnia. Nie wytrzymujemy zbyt długo, a mając w perspektywie późno popołudniowy powrót do Hongkongu postanawiamy wrócić do hotelu.

Chwytam garść kolorowych, orzechowych M&M’sów w lobby, i tę górę cukru uzupełniam coca-colą z nadrukiem gry Tetris na puszce. Czas spędzam przy hotelowym basenie, najnormalniej w świecie odpoczywając, gapiąc się w niebo i rozmyślając o tym, że przed nami jeszcze trzy pełne dni w Hongkongu. Zamierzamy je spędzić włócząc się po mieście w poszukiwaniu kolejnych instagramowych przybytków, szukając designerskich kawiarni i nie spiesząc się. W oddali na niebie pojawia się nieśmiała chmurka.

Półtora tygodnia później siedzę u Rodziców w Poznaniu i opowiadam im o Hongkongu i Makau. O Princess. I o hektolitrach idealnie schłodzonego prosecco. O portugalskich korzeniach tego miasta, mozaikach na chodnikach i chińskim Las Vegas. O szczęściu jakie mieliśmy z pogodowym okienkiem.

W tym czasie, po drugiej stronie świata, Makau i Hongkong są właśnie niszczone przez tajfun Mangkhut…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *