Welcome to Hong Kong. Część 7.

Welcome to Hong Kong. Część 7.

Po dwudniowej wizycie w Makau, powrót do Hongkongu okazał się lekkim zderzeniem z rzeczywistością. Bogactwo i blichtr hotelowej rzeczywistości musimy zmienić na mały pokoik z widokiem na zatokę i gotowane jajka na śniadanie. Ale pogoda nadal nas rozpieszcza, a my zamierzamy ostatnie trzy dni spędzić na poszukiwaniu instagramowych inspiracji, zakupach i tym co kocham najbardziej… szlajaniu się i gubieniu w miejskich zakamarkach.

Instagramowa rzeczywistość

Od instagrama uzależniłem się dawno temu. Pokochałem tę aplikację od pierwszego kliknięcia. Głównie dlatego, że wklepując połączenie odpowiednich wyrazów możemy przenieść się na drugi koniec świata, i zobaczyć ten świat oczami innych ludzi. W podróżach jest to niezwykle przydatne narzędzie, dzięki któremu dotrzeć można do miejsc, o których nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Bary, restauracje i hotele prześcigają się w wynajmowaniu designerów, którzy zaprojektują przestrzeń „pod instagram”. Im więcej zdjęć i oznaczeń w sieci, tym większe zainteresowanie danym miejscem.

W piątkowy poranek jedziemy tramwajem do tzw. Monster Building, a właściwie Yick Cheong Building. Miejsce to (podobnie jak cały Hongkong) znane jest na pewno miłośnikom filmu Transformers.

Gdy docieramy na miejsce, wchodzimy na dziedziniec budynku nie od właściwej strony, a od tyłu. Betonowe schody odstraszają brudem i szarością. Dostrzegam napis lost silencio i natychmiast przywołuję w myślach film Mulholland Drive. Jeden z wielu, które absolutnie uwielbiam.

Wchodzimy na dziedziniec, gdzie już od wczesnych godzin trwają sesje zdjęciowe. Influencerzy, modelki i modele, blogerzy i zwykli turyści jak ja. Zadzieram głowę w górę i spoglądam na setki małych okien. Setki małych ścian, za którymi kryje się życie. Dystopia, która jednocześnie przeraża i zachwyca. Wychodząc z podwórza, dostrzegam naklejkę, które podkreśla wszystko, co przed chwilą zobaczyłem. First world country. Third world people.

Wszystkie smaki świata

W Hongkongu można kupić dosłownie wszystko. I mówiąc wszystko, mam na myśli wszystko. Bo jak inaczej rozpatrywać kwestię zakupów jeśli to właśnie tutaj znajdziemy chipsy o smaku: majonezu (dla miłośników miażdżycy), sałatki ziemniaczanej (dla tych, którym sam smak ziemniaka nie wystarczy), miodowej musztardy i karmelu (dla zakochanych w słodyczach), pikli (dla kobiet w ciąży) oraz te o chemicznym posmaku… truskawek (dla chorych pojeb**, czyli na przykład dla mnie).

Chipsy to oczywiście nie jedyne wymyślne dania, jakimi raczą się mieszkańcy Hongkongu. Kupimy tu najróżniejsze słodycze (często w kształcie bohaterów kreskówek, jak na przykład muminkowe ciasteczka), słone przekąski, jogurty, czy napoje.

Do moich dwóch „ulubionych” zaliczyć mogę Coca Colę Clear. Idealna dla miłośników słodzika połączonego z cukrem. Ten wygazowany napój smakuje, nie jak coca cola, a jak sprite. Z delikatną domieszką płynu do płukania naczyń. Były to najgorzej wydane pieniądze w historii wydawania pieniędzy, nie licząc tych, które wydałem na studiach na skórzane spodnie i czerwoną gniecioną koszulę ze sztucznego materiału. Na swoją obronę dodam, że był to rok 2003. Drugim odkrytym wynalazkiem jest Fanta o smaku jogurtu tropikalnego. Nawet nie zaczynajmy…

Do absolutnych pozytywnych hitów należy jednak zaliczyć czekoladowe mleko z Kowloon, które kupić można m.in. w sieci 7-Eleven. Szklane buteleczki z kapslem przywołują nostalgię za czasami, kiedy byłem dzieckiem, a mleko i śmietanę kupowało się właśnie w takich butelkach. Jeśli ktoś obawia się pić mleko podczas podróży, zawsze może zdecydować się na polską wersję mleka w kartoniku.

Do widzenia, do jutra

W przedostatni dzień kręcimy się po mieście. Kilka dużych kropli deszczu uderza nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Tak jak gdyby pogoda chciała powiedzieć: nie tak szybko. Chronimy się w sklepie designera – Toma Dixona – połączonym z kawiarnią. Dwie filiżanki do espresso od projektanta, kosztują mniej więcej tyle ile mój bilet powrotny do Polski. Wypijamy kawę obserwując, jak deszcz powoli przestaje padać.

Wieczorem wybieramy się na Soho. Nagrzane do granic możliwości mury oddając teraz ciepło ze zdwojoną mocą. Nigdzie nie widać turystów. Jesteśmy sami w skośnookim tłumie. Siadamy na jednej z ławek blisko parku. Biegnę pod górę do sklepu. Wracam z zimnymi piwami, które wypijamy zdecydowanie zbyt szybko. Świat wiruje kolorami i zapachami. Neony znów oczarowują, a ja zastanawiam się jak szybko zleciał ten czas spędzony w Hongkongu. Zdecydowanie zbyt szybko. Coś co na początku bardzo mnie przytłoczyło, z czasem przeistoczyło się w fascynację.

Pijany wskakuję w tramwaj, którym suniemy przez ponad godzinę przez miasto. Przypominam sobie słowa z drugiego dnia pobytu w tym mieście: raczej tu nigdy nie wrócę. Jak bardzo się wtedy myliłem. Okazuje się, że Hongkong to jedno z tych miejsc, do którego będę chciał wrócić. Nie za rok, nie za trzy lata. Za dziesięć, być może piętnaście.

Hongkong w obrazach

W niedzielny wieczór siedzę na tyłach ogromnego samolotu. Przeglądam ofertę filmów na później, i tak przecież nie zasnę. Stewardessa podaje kolację i wino. Nie mam już żadnej książki do przeczytania. Przeglądam zdjęcia i zaczynam obrabiać część z nich. Mam poczucie dobrze wydanych pieniędzy i zrealizowanych marzeń. Kolejny raz dociera do mnie, że nie ma lepiej wydanych pieniędzy niż te, które przeznaczam na podróże. Świat jest ogromny, a ja chciałbym zobaczyć wszystko to, o czym marzę. Gubić się, poznawać, smakować, śmiać się, zachwycać i wzruszać. Żyć tak, żeby na starość nie musieć niczego żałować. Otwieram notatnik i notuję kilka zdań. Obiecuję sobie, że w końcu zbiorę to wszystko w jedną całość i w końcu powstanie coś na kształt powieści przeplatanej zdjęciami i reportażem. W chwili, gdy to piszę, przypominam sobie słowa z filmu Godziny…

potrzebował dziesięciu lat żeby napisać tę książkę!

– może potrzeba kolejnych dziesięciu żeby ją przeczytać?

A może nie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *