Samba de Janeiro! Część 1.

Samba de Janeiro! Część 1.

Jeśli chodzi o podróżowanie, to w mojej głowie jest masa wymarzonych kierunków. Nowa Zelandia (kiedyś), Stany Zjednoczone (kiedyś), Japonia (marzec 2020)… Na mojej liście od dawna była również Brazylia, która kusiła karnawałem, pięknymi plażami i zielenią. Kiedy rok wcześniej pojawiły się tanie bilety z Mediolanu do Rio de Janeiro, najzwyczajniej w świecie pokiwaliśmy głowami i wcisnęliśmy przycisk „kup”. Minął rok, a Brazylia zbliżała się coraz większymi krokami. Nieprzygotowany, kompletnie nieświadomy tego co mnie czeka, w marcowy poranek wyruszyłem w kolejną podróż.

Miesiąc wcześniej…

Siedzę w kolejce do lekarza podróży. Przede mną kilka osób niecierpliwi się w oczekiwaniu na wizytę. Kiedy z ponad godzinnym opóźnieniem udaje mi się w końcu wejść do gabinetu i powiedzieć, że przyszedłem na szczepienie, lekarz mówi do mnie: zabije mnie pan. Okazuje się, że w całym Poznaniu i regionie nie ma szczepionki, o czym mnie nie poinformowano. Po przepychankach udaje się załatwić jedną, zarezerwowaną szczepionkę w innym oddziale. Wściekły, z pierwszym w życiu urlopem na żądanie, jadę taksówką na drugi koniec Poznania, wyskakuję z czterystu złotych i oto mogę podbijać świat z żółtą książeczką szczepień! Nic mnie teraz nie zatrzyma!

Dwa dni przed wylotem…

Spakowanie się w bagaż podręczny na dwie strefy klimatyczne, dwa kontynenty, trzy kraje, cztery miasta i piętnaście dni w podróży jest niemal niewykonalne. Niemal! Bo od lat staram się podróżować z najmniejszą możliwą ilością bagażu. Siedzę więc z piwkiem w dłoni i roluję koszulki, kąpielówki, krótkie spodenki. Wszystko co da się zrolować i ułożyć w małej walizce. Ostatecznie upycham do bagażu książkę i notes, w którym zawsze prowadzę zapiski z podróży.

Przygoda, przygoda…

Prosto z pracy biegnę na pociąg i ruszam do Wrocławia, skąd następnego dnia wylatuję do Mediolanu.

Mediolan – miasto mody, pięknych ludzi i pysznego jedzenia. Do hotelu docieramy wczesnym popołudniem, prawie półtorej godziny przed założonym wcześniej czasem. Jest ciepło, świeci słońce, a na niebie nie ma ani jednej chmury. To zaskakujące, że dwie godziny samolotem od domu, świat wygląda zupełnie inaczej.

Idziemy niespiesznie do Farini; knajpki, którą dobrze znamy z naszych poprzednich podróży do tego ekscytującego miasta. Zamawiam Aperol, a w jego cenie dostaję dostęp do bufetu z jedzeniem. Przez godzinę kosztujemy wszystkich włoskich pyszności, z których najbardziej upodobałem sobie to, co najprostsze: opiekany chleb z oliwą i pokrojonego w kostkę pomidora w ziołach.

Mediolan to jedno z tych miejsc, gdzie mógłbym godzinami przyglądać się ludziom. Nawet nie tyle samym twarzom, czy temu, w co są ubrani (a bywają ubrani pięknie), a… butom. Buty, buty, buty. Kolorowe, pojechane, zupełnie inne od tych, które noszą Polacy. Z fantazją, czasami niepasujące do reszty outfitu.

Wieczór upływa nam na placu przy Corso di Porta Ticinese. Popijamy prosecco, ciesząc się z tego krótkiego przystanku w Mediolanie.

Kolejny dzień zdaje się być jeszcze cieplejszy. Słońce ogrzewa nasze blade twarze i jest zapowiedzią tego, co będzie nas czekać na jeszcze większą skalę już za kilkadziesiąt godzin. Snujemy się uliczkami pełnymi ludzi. Wchodzimy do jednego ze sklepów i kupujemy buty od Valentino, które prawdopodobnie nie zmieszczą się do bagażu. Trudno, trzeba będzie coś wykombinować. Popołudnie spędzamy przy Darsenie. Wieczornym autobusem odjeżdżamy w kierunku lotniska Malpensa, a stamtąd busem do hotelu. W lobby odbijamy się od grupy rozkrzyczanych Chińczyków i przedzieramy się w kierunku recepcji. Zamawiam na rano samochód, który odwiezie nas w kierunku wielkiej przygody.

Mediolan – Lizbona – Rio de Janeiro

Kiedy śmigamy czarnym mercedesem z przyciemnianymi szybami o czwartej rano, w ciemności, w kierunku lotniska, mam nieodparte wrażenie, że jesteśmy sami na świeci. Nagle w tunelu pojawia się znikąd biały samochód, a ja szepczę do M.: czuję się jak księżna Diana. Wybuchamy śmiechem, a nasz kierowca spogląda ze zdziwieniem w lusterko.

Lot do Lizbony mija niezwykle szybko, a przesiadka do większego samolotu nie zajmuje nam dużo czasu. Siadamy w środkowym rzędzie, na przydzielonych miejscach. Szczęśliwie lot nie ma pełnego obłożenia. Miejsce obok mnie pozostaje puste. Tuż po starcie zjadamy pieczonego kurczaka z ryżem. Zamawiam piwo i odpalam ekran przed sobą. Podczas ponad dziesięciogodzinnego lotu oglądam trzy filmy, na które nie zdążyłem pójść do kina: komediowy Ocean’s 8, przeładowany modą i kolorami Crazy Rich Asians (czytałem książkę, na podstawie której powstał film) oraz poruszający i niezwykle wstrząsający Boy Erased.

Kiedy zbliżamy się do naszego miejsca docelowego przypominam sobie wszystko, co usłyszałem o naszej wyprawie, gdy dowiedzieli się o niej znajomi…

– Wiesz, że do moich znajomych schodzących z pomnika Chrystusa podszedł koleś z pistoletem i wszystko im zabrał?

– Do Brazylii? Teraz? Wiecie oczywiście, że tam jest pełno napadów?!

– Wszystko, absolutnie wszystko trzeba zostawiać w hotelu: dokumenty, biżuterię i telefony. Noście tylko określoną sumę pieniędzy. Najlepiej gdzieś blisko przy ciele.

– Mojego znajomego napadła grupa naćpanych dziewięciolatków!

– Słyszałam, że jeśli mieszka się w dzielnicy Santa Teresa, to po godzinie 18 lepiej już nie wychodzić z hotelu!

– Na Copacabanie kumplowi ukradli plecak!

Lądujemy na miejscu, a niebo przykryte jest ciemnymi chmurami. Wymieniam tylko kilkanaście dolarów na brazylijskie reale, byle mieć jakieś pieniądze do kolejnego poranka, kiedy poszukamy kantoru w centrum. Powoli zaczyna robić się ciemno. Wyszukujemy wifi żeby złapać Ubera. Okazuje się, że lotnisko w Rio de Janeiro jest do tego doskonale przygotowane i Uber ma swój własny parking, na który samochody podjeżdżają praktycznie cały czas.

Przebiegamy więc z wyjścia prosto do samochodu, uważając żeby przez najbliższych pięć metrów nikt nas nie okradł, nie napadł, nie porwał, nie zgwałcił i nie sprzedał na organy.

Mkniemy samochodem betonową autostradą prosto w kierunku Santa Teresy, w której jak wiadomo lepiej po godzinie 18 nie wychodzić z hotelu. Tak ktoś słyszał. Jest godzina 18:30.

Na pierwszą część pobytu wybieramy urokliwy hotel Mama Shelter, z designerskimi pokojami i łazienkami. Z ogromną restauracją stworzoną w starym hangarze. Z pokrytym deskami patio, z huśtawkami, hamakami i ogromnymi kolorowymi poduszkami. Docieramy na miejsce bardzo szybko, a przejazd Uberem kosztuje niecałe 30 złotych. Przed hotelem grupka gości gra w ping ponga, z głośników dobiega wesoła muzyka. Wszędzie jest mnóstwo roślin, które mają nierzeczywisty, soczysty zielony kolor.

Recepcjonista prowadzi nas do największego pokoju w ich ofercie, gdzie różnica temperatury między tą panującą na zewnątrz wynosi chyba dwadzieścia stopni. Momentalnie robi mi się zimno. Zmęczeni, decydujemy, że skoro jest już ciemno, a dookoła faktycznie nie ma żywej duszy, zjemy kolację w hotelowej restauracji. Za porcję empanadas i piwo płacę 25 reali… czyli 25 złotych.

Zaczyna padać gdy rozpakowuję torbę. Rzucam w kąt kurtkę i bluzę. Raczej nie przydadzą się w najbliższym czasie, gdyż teraz jest prawie trzydzieści stopni. Deszcz pada niecałe piętnaście minut. Jest chwilę przed godziną 20, kiedy postanawiamy rozejrzeć się po okolicy.

Mijamy zakręt, a w odległości nie dalszej niż sto metrów dostrzegamy otwarty, wypełniony miejscowymi klientami bar. Dopiero po chwili dociera do nas, że znamy to miejsce. Nieżyjący już Anthony Bourdain był w tym barze podczas nagrywania odcinka o Rio. Nie podano wtedy nazwy, bo dziewczyna, która pokazywała mu Rio nie chciała żeby pojawili się tutaj turyści.

Faktycznie, kiedy stajemy przy barze w Bar Do Gomez, wiele par oczu zwraca się ku nam z lekkim zdziwieniem. Zamawiam dwie caipirinhe – drinki na bazie cachacy (wódka produkowana ze sfermentowanego soku trzcinowego), soku z limonki, cukru i lodu. Płacę 20 reali. Wesoły tłumek wraca do swoich rozmów przy papierosie. Mały pies cieszy się na widok miski z wodą. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Nikt nie podchodzi do nas z pistoletem. Nikt nas nawet nie zaczepia. Tylko czasami ktoś się uśmiechnie, podnosząc w górę swoją szklankę z drinkiem. Jesteśmy na miejscu, a wielka przygoda jest na wyciągnięcie ręki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *