Samba de Janeiro! Część 2.

Samba de Janeiro! Część 2.

Budzę się rano zaskakująco wyspany. Różnica godzin nie doskwiera mi tak bardzo, jak podczas podróży do Hongkongu. Za oknem świeci słońce, a do mnie dopiero dociera, że jestem na drugim końcu świata, a przede mną nowe miejsca do odkrycia.

W porannym słońcu dzielnica Santa Teresa jest niezwykle urokliwa. Nie ma śladu po strasznych opowieściach, czających się w ciemności. Schodzimy pustą ulicą w dół, w kierunku centrum. Po drodze mijamy kolorowe ściany. Koty wygrzewają się na maskach samochodów i murkach. Wszędzie czuć specyficzny zapach. Połączenie wilgoci i intensywnie pachnących kwiatów, wymieszane z zalegającymi śmieciami i brudem.

W poniedziałkowy poranek miasto powolnie budzi się do życia. Część mieszkańców spieszy się do pracy, część niespiesznie popija kawę w licznych barach. Prawie wszyscy mają na nogach japonki. Mimo, że jest dopiero dziewiąta rano, jesteśmy spoceni przez panujący tu upał i wilgoć. W parku tłumy bezdomnych walczą o skrawek cienia, a ja uważam, by nie wdepnąć w ludzkie odchody. Pierwszy raz od czasów podróży do Hawany mam poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Mogę jedynie być wdzięczny, że moje życie wygląda tak jak wygląda, i że los pokierował wszystkim w prawidłowym kierunku.

Już po kilkunastu minutach w centrum przekonuję się, jak kolorowe jest to miasto. Murale są tutaj niemal na każdym budynku. Szukamy kantoru. W pierwszym z nich – klimatyzowanym, oświetlonym jarzeniowym światłem – próbuję wymienić dwieście dolarów. Mężczyzna po drugiej stronie odpowiada łamanym angielskim: no money. Świetnie. Chwilę później odnajdujemy drugi kantor, ukryty na tyłach małego centrum handlowego. Drewniana boazeria na ścianach pamięta lata dziewięćdziesiąte. Smutny facet po drugiej stronie odbiera ode mnie pieniądze, a gdy pokazuję mu paszport macha ręką. Chowam dokumenty i spoglądam na obliczoną kwotę na starym kalkulatorze sklejonym taśmą klejącą. Macham głową i już po chwili wychodzę z brazylijskimi realami. Szybko przeliczam w głowie, że na wymianie pieniędzy na lotnisku straciliśmy prawie połowę kwoty. Na szczęście wymieniliśmy tylko małą kwotę na kolację i drinka.

Kolejne kroki kierujemy do znajdującej się niedaleko stacji metra, by kupić kartę komunikacyjną na przejazdy metrem i autobusami. W centrum turystycznym pytam po angielsku siedzącego w środku mężczyznę, gdzie mogę kupić kartę. Ten odpowiada łamanym angielskim: no English, go away!, i odwraca się tyłem do okienka. Wspaniale. Brazylia… dwa, ja… zero. Ostatecznie kupujemy karty w automacie, który zacina się przy każdej próbie przełączenia menu na język angielski. Z kart skorzystamy dopiero kolejnego dnia, wybierając się pod pomnik Jezusa.

Kręcimy się po centrum trochę bez celu, poznając dopiero miasto i dzielnicę Lapa. W końcu decydujemy się zobaczyć pierwszy turystyczny must-have: Escadaria Selaron – kolorowe schody, składające się z 215 stopni, pokryte kafelkami. Na kafelkach znaleźć można malowidła, zdjęcia znanych osób, napisy, liczby i wszystko, czego się nie spodziewamy. Do schodów docieramy wypełnioną turystami uliczką Teotonio Regadas.

Gdy docieramy na szczyt schodów, okazuje się, że można tędy wrócić do naszego hotelu. Przechadzamy się krętymi uliczkami w palącym słońcu. Spoglądam na zawieszony niedaleko apteki elektroniczny termometr. Czterdzieści trzy stopnie w cieniu. Mijamy kolejne kolorowe ściany, i wybrukowanymi ulicami docieramy do przystanku tramwajowego. To jeden z przystanków, przy którym zatrzymuje się stary, turystyczny tramwaj. Po chwili przyglądania się rozkładowi jazdy, słyszymy w oddali znajomy dźwięk. Przed naszymi oczami przejeżdża żółty wagonik wypełniony ludźmi. Już wiemy, że to kolejna rzecz, którą chcemy zrobić. Przejechać całą trasę.

Docieramy do jednego z miejsc, z których roztacza się widok na miasto. Dopiero teraz dociera do mnie ogrom tego miejsca i odległości, jakie przyjdzie nam pokonać przemierzając miasto. W oddali dostrzegam Głowę Cukru – wzgórze, na którym kręcono m.in. film o przygodach Jamesa Bonda. Na wzgórze wybierzemy się za kilka dni.

Mijamy kolejne uliczki, bary i restauracje w dzielnicy, w której jak wiadomo, nie warto wychodzić z hotelu wieczorami. Kolory biją ze wszystkich ścian. Gdy docieramy do hotelu, widzimy, że wszędzie rozstawione są kamery. Na środku drogi stoi ogromna kanapa, a na niej siedzą roześmiani ludzie. Każde z nich trzyma w dłoni butelkę coca-coli. Kawałek dalej stoi zaparkowany, odpicowany do granic możliwości Volkswagen. Okazuje się, że w naszym hotelu kręcona jest najnowsza reklama wspomnianego wcześniej napoju.

Przebieram się w kąpielówki i idę boso po rozgrzanych deskach prosto na taras z leżakami. Biorę szybki prysznic pod ogromną deszczownicą na świeżym powietrzu, a później wskakuję na kolorowy hamak. Po kilkunastu godzinach w Rio wiem jedno: to kolejne miasto sprzeczności, gdzie kolorowe ściany odciągają wzrok od ludzkich odchodów i bezdomnych wyciągających ręce po butelkę wody mineralnej. To przytłaczające ogromem miasto, które dopiero zacznę odkrywać, ale na pewno nigdy go nie zrozumiem, bo oddalone tysiące kilometrów od domu, zaskakuje zupełnie inną kulturą i innym postrzeganiem świata. Ale póki co, nie myślę o tym za dużo. Bujam się na hamaku i zastanawiam, co jeszcze czeka na mnie przez kolejnych kilka dni…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *