Samba de Janeiro! Część 3.

Samba de Janeiro! Część 3.

Rio nagrzewa się do granic możliwości w kilka minut po tym, jak tylko słońce pojawi się na niebie. A gdy nadchodzi popołudnie rozgrzane ulice i mury budynków oddają ciepło ze zdwojoną siłą.

Przemierzam ulice Santa Teresy, niespiesznie schodząc w dół wśród najbardziej soczystych odcieni zieleni, jakie kiedykolwiek widziałem w życiu. Tym razem docieram do Escadaria Selaron z drugiej strony i spocony dostrzegam stoisko z caipirinhą. Za równowartość dziesięciu złotych kupuję dwa kubki trunku z podejrzanie wyglądającym lodem i nieumytą limonką, od naćpanego i pijanego sprzedawcy. Nigdzie później nie wypiję lepszej caipirinhi!

Gdy ruszamy dalej uliczkami Rio, dostrzegam w oddali dziwną budowlę, która przypomina ogromny betonowy stożek. Gdy wchodzimy do środka okazuje się, że jest to rzymskokatolicka katedra – Catedral de São Sebastião do Rio de Janeiro.

Projektem katedry zajął się Joaquim Corrêa. Po krótkiej chwili zastanawiam się ilu ludzi może zmieścić się w środku i oceniam tę liczbę na około dwa tysiące. Dopiero później doczytuję, że wewnątrz może zmieścić się prawie dwadzieścia tysięcy wiernych. Wśród nich, pięć tysięcy znajdzie miejsce siedzące.

Wychodzimy z katedry, która w całym swoim ogromie dawała poczucie chłodu i zimna. W oddali dotrzegam akwedukt – Aqueduto da Carioca – po którym powolnie sunie zabytkowy tramwaj. Po chwili odnajdujemy przystanek początkowy i kupujemy bilety na ostatni kurs w dwie strony tego dnia.

Tramwaj powoli wspina się ulicami dzielnicy Santa Teresa, coraz wyżej i wyżej. Wkrótce zostajemy ostatnimi turystami w trzeszczącym pojeździe. Po prawej stronie, w świetle zachodzącego już słońca, dostrzegam fawelę – dzielnicę nędzy – która góruje nad pozostałą częścią miasta. Widok jest jednocześnie fascynujący, jak i przerażający. Gdy docieramy do końcowej stacji, tuż przy granicy faweli, dostrzegam dwa radiowozy ustawione przy przystanku. Stoją przed nimi uzbrojeni policjanci. Jeden z nich na migi pokazuje mi, że mamy wsiąść do tramwaju, który zaraz odbędzie swój ostatni kurs w przeciwnym kierunku. Pozostali pasażerowie smętnym krokiem oddalają się i znikają za zakrętem prowadzącym do faweli.

Gdy wracamy tramwajem w dół, myślę o tym jak niewiele od nas zależy. Nie wiemy w jakiej rodzinie, ani w jakim kraju się urodziny. Wszystko tak naprawdę zależy od przypadku.

W Rio robi się już kompletnie ciemno, ale my zatrzymujemy się na jeszcze jedną caipirinhę u naszego naćpanego znajomego, do którego teraz dołączyła równie naćpana i pijana koleżanka. Gdy tylko nasz wzrok się krzyżuje, a ja czekam na nasze przesadnie wielkie drinki, kobieta pyta mnie łamanym angielskim: łer ar ju frooooom? Nie czekając na odpowiedź, dorzuca: kam bak hir agejn, hi mejks debest kajpiiiriniaaaaasz! Uśmiecham się tylko i płacę, dziękując moim łamanym portugalskim: obrigado. I przypominając sobie równie łamane: dojsz kajpiriniasz. Świat przy odrobinie chęci jest naprawdę przyjazny, a ja wieczorową porą rozmyślam o tym, co dalej czeka na nas Rio i czy pomnik Chrystusa faktycznie jest tak spektakularny jak na to wygląda w telewizji…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *