Między miejscami… część 1.

Między miejscami… część 1.

Kiedy dociera do mnie to, co właśnie się dzieje, wpadam w panikę. Ja, ten raczej opanowany i spokojny. Mamy dwadzieścia cztery godziny by dotrzeć do Polski, zanim zostaną zamknięte granice. Dwadzieścia cztery pieprzone godziny, by przebyć trasę: Tokio – Paryż – Warszawa. Dwadzieścia cztery godziny, podczas których dostaję kilkadziesiąt niespójnych i często przekłamanych wiadomości na temat tego, co dzieje się w naszym kraju. W końcu wyłączam telefon. Ale… od początku…

Jest 2003 rok. Pierwszy raz oglądam film Między Słowami, i zakochuję się w nim do tego stopnia, że obejrzę go jeszcze przynajmniej pięćdziesiąt razy. Tokio jest tłem dla historii, a ja już wtedy wiem, że będę chciał do Tokio kiedyś dotrzeć. Zobaczyć je i poczuć wszystkimi zmysłami. W 2010 roku, kiedy wyjeżdżam pracować do Grecji, postanawiam, że za zarobione pieniądze polecę do Japonii. Sprawy jednak układają się inaczej, a ja wracam do domu i zaczynam całe swoje życie od zera i z zerem na koncie. W 2019 roku znajdujemy bilety na kolejny rok. Decyzja zapada w kilka sekund.

Marzec 2020

Trzy dni przed wylotem dopadają mnie wątpliwości. A może lepiej zostać w domu. W Polsce nie ma jeszcze żadnego przypadku koronawirusa, życie toczy się normalnie. Przeglądamy jeszcze oferty hoteli i okazuje się, że ceny poszybowały w dół, i za hotel, który wcześniej życzył sobie 6000zł za pobyt, zapłacimy 2800. Zmieniamy rezerwację.

Wylatuję z Polski do Paryża porannym lotem. Docieram na miejsce, i przez cztery godziny snuję się po lotnisku, popijając kupionego w strefie wolnocłowej szampana. Jedno z moich największych marzeń właśnie się spełnia. Wsiadam na pokład samolotu Air France i ruszam do Tokio. Z reguły mam problem z zaśnięciem podczas lotu, ale tym razem, po obejrzeniu zaledwie jednego filmu (Godzilla. King of the monsters) i zjedzeniu kolacji, okrywam się kocem i budzę godzinę przed lądowaniem.

Przeczytałem gdzieś kiedyś, że można o Tokio dowiedzieć się wszystkiego z książek, programów telewizyjnych czy kanałów na youtube, jednak gdy wyląduje się na miejscu, po prostu dostaje się w pysk. I trzeba się w tej rzeczywistości odnaleźć.

Wypełniamy karty potrzebne do wystawienia wizy, odbieramy bagaż i wychodzimy z hali przylotów. Pierwsze starcie: kupno biletów na pociąg z lotniska Narita do Tokyo Station. Z tym idzie jednak łatwo, do momentu płatności, kiedy system odrzuca nasze karty. Szczęśliwie okazuje się to błędem w aplikacji i już po chwili, po kupieniu biletów za około trzysta złotych (dwie osoby/w dwie strony) siedzimy w wygodnych fotelach w pociągu. Odpalam wifi. Pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce staje się faktem.

Po godzinie docieramy do Tokyo Station, gdzie zaczynają się pierwsze schody. Błądzimy w tłumie ludzi pędzących do pracy. Jest dziewiąta rano, więc tłumy są ogromne. W końcu udaje nam wydostać się z bramek, które prowadzą do dalszej hali. Pytamy, gdzie możemy kupić bilety na metro. Funkcjonariusz odsyła nas w prawo. Gdy skręcamy w prawo, przemiła dziewczyna informuje nas, że nie w to prawo, tylko kolejne, i w informacji turystycznej znajdziemy bilety trzydniowe na metro. Docieramy do punktu informacyjnego, mijając pod drodze stanowisko z trzema smutnymi Japonkami, ubranymi całe na szaro. W punkcie informacyjnym dowiadujemy się, że to właśnie te trzy smutne panie sprzedają bilety trzydniowe. Proszę o sześć trzydniowych biletów na Tokyo Metro. Jedna z pań spogląda na mnie ze zdziwieniem po czym prosi o paszporty, przyjmując je ode mnie dwoma rękoma. Kiedy przychodzi do płacenia i podaję swoją kartę, w odpowiedzi słyszę, że mogę zapłacić tylko gotówką, i że jeśli potrzebuję bankomat to proszę, oto tutaj, dwoma rękoma, mapka by dotrzeć do bankomatu. Balansuję więc walizką, plecakiem, dwoma paszportami i mapką, żeby tylko odebrać wszystko dwoma rękoma i nikogo nie urazić. Bankomatu szukamy przez piętnaście minut, a gdy już się to udaje, okazuje się, że japońskie bankomaty mają ekrany wbudowane na płasko. Bankomat wypluwa z siebie informację, że nie można wypłacić środków. Zaje-kurwa-biście. Utknę na Tokyo Station na zawsze. Dopiero po chwili orientuję się, że są dwa rodzaje bankomatów: lokalne i międzynarodowe. W drugim bankomacie udaje się wyciągnąć japońskie jeny bez problemu. Piętnaście minut później, z odpaloną appką tokijskiego metra, garścią biletów trzydniowych podanych mi dwoma rękoma, brnę przez tłum ludzi do wagoników metra.

Gdy docieram do hotelu, zaczyna padać deszcz. Jest szaro i smutno. Nie takie Tokio widziałem w Między Słowami. Hotel wpuści nas do pokoju dopiero o godzinie piętnastej, a jest dopiero południe. Snujemy się więc po okolicy, patrząc ze zdziwieniem na rzędy kolorowych automatów z napojami i słodyczami. Jestem tu dopiero od kilku godzin, ale nie jestem do końca przekonany, czy to świat, którego się spodziewałem.

Jestem potwornie zmęczony, wściekam się na deszcz, który wcale nie pada tak mocno. W końcu jem zimny makaron ryżowy z kurczakiem w małej knajpce i wracam do hotelu. Biorę prysznic i zasypiam o 15:30. Śnię o kolorowym Tokio, o niebieskim niebie i kwitnących wiśniach. Jeszcze nie wiem, że zasnąłem tak mocno, że obudzę się dopiero kolejnego dnia rano. A wtedy… wszystko będzie możliwe…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *