Między miejscami… część 2.

Między miejscami… część 2.

Budzę się po kilkunastu godzinach snu. Zmęczony. Niewyspany (!). Trochę zrezygnowany. Z nutą zdenerwowania i stresu gdzieś z tyłu głowy. Pod kołdrą tak miękką, jak nigdzie wcześniej na świecie. W pokoju, który razem z łazienką ma… czternaście niezwykle designerskich metrów kwadratowych! Jem śniadanie w hotelowej restauracji, siedząc przy ogromnym, podłużnym oknie, wychodzącym na ruchliwą ulicę. Po kałużach nie ma już śladu, ale niebo nadal jest dziwnie szare.

Wskakujemy w metro, w porannym szczycie. Wszyscy gdzieś biegną, zasłaniając twarze maseczkami. Dopiero dociera do mnie, do jakiej rzeczywistości trafiłem. Każda stacja metra gra swoją melodyjkę. Na każdej stacji metra słychać z głośników dźwięk śpiewających ptaków. Wszystko błyszczy, wszystko się świeci. Nasycenie bodźców uderza z każdej strony z taką siłą, że nie wiadomo na czym się skupić. Wagoniki metra wyklejone są wszystkim: od kolorowych kotków, przez informacje o zamykających się drzwiach, na reklamach usług ślubnych kończąc.

Docieramy na słynne skrzyżowanie Shibuya dość wcześnie. Nie ma na nim tłumów, które znam z filmików w sieci. Jest zdecydowanie mniejsze, niż się to wydaje na zdjęciach. Dostrzegam kolorowe taksówki, które pędzą w każdą stronę. Przypominają mi trochę te, które tak chętnie fotografowałem w Hong Kongu. Zielone, czerwone, żółte. Przez chwilę gapię się na ludzi przechodzących przez przejście. I wtedy pojawia się pierwszy uśmiech. Jestem tu. Doświadczam tego, o czym marzyłem tyle lat. Na niebie pojawiają się pierwsze prześwity niebieskich plamek.

Wchodzimy do najbardziej obleganego Starbucksa na świecie, w którym ciężko znaleźć miejsce przy oknie, z którego roztacza się widok na Shibuyę. Rozdzielamy się. Ja zamawiam kawę, podając kartę dwoma rękoma. A w zasadzie odkładając ją na małą srebrną tackę, czego będę doświadczał przez resztę wyjazdu, w każdym miejscu, w którym trzeba dokonać płatności. Wchodzę na piętro z dwoma idealnymi cappuccino na sojowym mleku. Mamy miejsca przy oknie. Włączam wifi. Kolejny przypadek wirusa w Polsce. Wyłączam wifi. Skupiam się na tym, co za oknem. Niebo zaczyna się robić coraz bardziej niebieskie, tłumów na skrzyżowaniu przybywa, a dookoła zaczynają wirować wszystkie możliwe kolory.

Kiedy kręcimy się po dzielnicy, wychodzi słońce. Wchodzę do jednej z księgarni i zaczynam szukać. Chcę dotrzymać słowa, a przy okazji zobaczyć jak wyglądają japońskie książki i księgarnie. Nie udaje mi się znaleźć tego, czego szukam. Odpalam więc obecne wszędzie wifi i szukam na Instagramie zdjęcia. Podchodzę do sprzedawczyni, która przez chwilę przygląda się zdjęciom. Po chwili znika za regałem, a później za kolejnym, i jeszcze następnym. Ledwo mogę za nią nadążyć. W końcu docieram na miejsce, a sprzedawczyni podaje mi w triumfalnym geście książkę. Przejeżdżam palcem po nazwisku autora: Remigiusz Mróz. Uśmiecham się, bo dotrzymam słowa. Kupuję dwa egzemplarze: jeden dla autora, a drugi dla mojego serdecznego kolegi, który poprosił mnie o kupno książki. Przy kasie zderzam się z niemówiącym po angielsku sprzedawcą, więc po prostu przytakuję i kładę kartę dwoma rękoma na metalowej tacce.

Kierujemy się w trochę bezwiednie w kierunku Harajuku. Jeszcze nie czujemy tego miasta, jego rytmu. Docieramy do wąskich uliczek, na których ukryto designerskie sklepy, pop-up’y i małe, niszowe kawiarnie. W sklepie Adidasa kupuję koszulkę, której nie ma nigdzie indziej na świecie, i która została wypuszczona w limitowanej serii. To pamiątka dla mnie. Niestety zostawiłem paszport w hotelu, a w Japonii z łatwością można zrobić zakupy bez podatku. W takiej sytuacji sprzedawca, który odbiera paszport dwoma rękoma, wkleja do dokumentu kopię paragonu. Podczas wylotu, na lotnisku podchodzi się do strefy, w której sygnalizujemy, że mamy produkty bez podatku. Urzędnik wyciąga z paszportu wklejone kopie paragonu. Dzięki temu jesteśmy w stanie zaoszczędzić naprawdę sporo pieniędzy, szczególnie kupując ubrania, buty czy perfumy.

Słońce zagościło już na niebie na dobre, więc przysiadamy na kawie, w jednej z kawiarni, gdzie w końcu dostajemy porządne, mocne espresso. Przez chwilę wystawiam twarz do słońca. Jestem zmęczony, bolą mnie nogi, znów chce mi się spać. Nagle zrywa się silny wiatr, a Japonki krzyczą i piszczą, zadowolone, że wieje.

Odpoczynek w hotelu trwa tylko tyle, aby podładować baterie – zarówno te fizyczne, jak i te w telefonie. Słońce powoli zaczyna zachodzić, kiedy znów schodzimy pod ziemię i krętymi korytarzami kierujemy się w stronę wagoników metra. Znów grają melodyjki, znów wszystko błyszczy i śpiewa. Gdy docieramy do dzielnicy Shinjuku jest już ciemno. No może nie do końca, bo właśnie rozbłyskują wszystkie kolorowe neony. Patrzę na to wszystko jak zaczarowany. Takiego Tokio chciałem. Kolorowego, zakręconego, pędzącego do przodu. Kręcimy się po okolicy, zaglądając do salonów gier, gdzie oprócz typowych automatów, królują automaty z pluszakami, słodyczami, a nawet… kremem Nivea. Można tam również niestety… palić papierosy. Wszystko gra, wszystko błyszczy, wszystko świeci oślepiającymi światłami.

Wchodzimy do restauracji z sushi. Małe talerzyki suną powoli dookoła wysokiego blatu. Siadamy, rzucając kurtki na wielką, brudną lodówkę za nami. Ściągam pierwszy talerzyk, z dwoma kawałkami sushi ze… śledziem. Ryż jest idealnie lepki, a ryba rozpada się przy kontakcie z podniebieniem. Jeszcze nigdy wcześniej nie jadłem tak dobrego i tak świeżego sushi. Sushi masterzy stojący w środku, lepią kolejne kawałki ryżu, nakładają kolejne kawałki ryby, i wykrzykują niezrozumiałe dla mnie zdania. Popijam zimne, japońskie piwo i sięgam po kolejny talerzyk. Tym razem z mięsem białego wieloryba. Kolejna kulinarna rozkosz. Zapominam o całym świecie. Sięgam po kolejne talerzyki, by zakończyć swoją przygodę z jedzeniem tego wieczora dwoma kawałkami sushi z czymś, czego nie znam. Spisuję sobie angielską nazwę w telefonie. Idziemy do wyjścia, właściciel liczy nasze talerzyki i podaje rachunek, pokazując kartkę z napisem: cash only. Wyciągam banknoty dwoma rękoma. Dwoma rękoma przyjmuję resztę. Gdy wychodzimy na ulicę, przejeżdża obok nas kolorowa, podświetlona ciężarówka, z której dobiega ogłuszająca reklama karaoke. Na dziś mam dość.

Tuż przed zaśnięciem przypominam sobie o zapisanej w telefonie nazwie. Wklepuję ją szybko w google. Ostatnim kawałkiem sushi tego wieczoru, był ryż z… mleczem. Nie z kwiatem. Z rybią spermą.

Przeczytałem gdzieś kiedyś, że można o Tokio dowiedzieć się wszystkiego z książek, programów telewizyjnych czy kanałów na youtube, jednak gdy wyląduje się na miejscu, po prostu dostaje się w pysk. I trzeba się w tej rzeczywistości odnaleźć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *