Między miejscami… część 3.

Między miejscami… część 3.

Niebo jest idealnie niebieskie, kiedy wchodzę do podziemnego korytarza prowadzącego do stacji metra. Tym razem przejazd będzie wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że decydujemy się na wyjazd wcześnie rano, kiedy Japończycy pędzą do pracy. Tym samym już po chwili stoję wciśnięty między kilka osób, jedną rękę mając przed sobą, a drugą za sobą, bo nie zdążyłem w porę zareagować, kiedy tłum zaczął napierać. W Japonii nie czeka się bowiem na przyjazd kolejnego metra, tylko ładuje się do środka jak najwięcej osób. Dojeżdżamy do stacji przesiadkowej, gdzie tłum wypycha mnie na zewnątrz, a ja zaczynam zmierzać do kolejnego wagonika, który dowiezie mnie do miejsca docelowego.

W Tokio jest kilku przewoźników w komunikacji, co wygląda mniej więcej tak, że możemy mieć bilet na Tokyo Metro, ale po przejechaniu konkretnej stacji, zmienia się przewoźnik. W takim przypadku na stacji docelowej musimy wykupić dodatkowy bilet u konkretnego przewoźnika żeby móc wyjść ze stacji na ulicę. Można taką opłatę uiścić również u urzędnika w okienku. Na stacji, na którą dojeżdżamy nie ma automatów, jest za to okienko, przy którym czekam kilka minut, dzwoniąc specjalnym dzwonkiem. Nikt się nie pojawia. W końcu rezygnuję, oszukując Japonię na 170 jenów i po prostu przechodzę przez bramkę.

Słońce mocno grzeje w twarz. Wchodzimy do sklepu sieci 7Eleven i kupujemy zimną, truskawkową colę w butelce. Gdy ją otwieram, czuję, że jest bardziej gazowana niż gdziekolwiek indziej na świecie. Przy pierwszym łyku już wiem, że się nie mylę. Ten słodki ulepek, jest przynajmniej trzy razy bardziej gazowany niż w Polsce. Idziemy przed siebie krętymi uliczkami, między niskimi mieszkalnymi budynkami, w zasadzie nie wiedząc, czy miejsce które chcemy odwiedzić będzie otwarte. Z powodu epidemii w Japonii zamknięte są szkoły, muzea, niektóre parki i wiele atrakcji turystycznych. Gdy docieramy na miejsce, na płocie wisi kartka informująca o tym, że otwarte jest jedynie główne wejście, oddalone o około półtora kilometra. Jesteśmy jedynymi turystami w tej okolicy. W końcu docieramy do wejścia, prowadzącego do Gotokuji Temple.

Świątynia znajduje się w dzielnicy Setagaya, i znaleźć w niej można tysiące maneki-neko, czyli figurek kotów, które mają przynosić szczęście. Kręcimy się przez chwilę w samotności po całym kompleksie, przy okazji zaglądając na cmentarz, który znajduje się tuż obok, a następnie udajemy się na małą stację podmiejskich pociągów, żeby zobaczyć jak wyglądają one w Japonii.

Pogoda jest tak piękna, że w krótkich rękawkach, postanawiamy wrócić do centrum pieszo. Mapa google oblicza trasę na około półtorej godziny drogi. Mijamy małe domki, często o niezwykłym, nowoczesnym designie. Niektóre z nich mają obok małe kapliczki. W jednej z nich dostrzegam… no właśnie…

Po drodze mija nas niewielu ludzi i zaledwie kilkanaście samochodów. Wszystko wygląda tak jakby było uśpione. W końcu docieramy do Shimokitazawy, gdzie jest pełno małych kawiarni, sklepów, i gdzie toczy się całe życie w tej dzielnicy. Przysiadamy przed kawiarnią na drewnianej ławce, a właścicielka przynosi nam espresso w różnych filiżankach. W pobliskim sklepie sieci Lawson kupujemy… kanapki z jajkiem. Usłyszałem o tych kanapkach w jednym z programów mojego ulubieńca – Anthonego Bourdain’a. Są to dwa trójkąciki białego chleba bez skórki, z idealną jajeczną papką w środku. Jedząc kanapkę dostrzegam kobietę pchającą przed sobą wózek z dziećmi. Prawdopodobnie z powodu epidemii wywożone są na śmietnik, ale nie miałem tego u kogo potwierdzić, więc tak naprawdę nie wiem…

Google nie kłamie. Po półtoragodzinnej przechadzce docieramy do Yoyogi Park. Jest to ogromny park, w którym w okresie kwitnienia Sakury (drzewa wiśni) zbierają się tłumy. Okres kwitnienia drzew przypada na przełom marca i kwietnia, jednak w tym roku pogoda jest na tyle sprzyjająca, że udaje nam się zobaczyć ten magiczny czas… na jednym drzewku! Drzewku, pod którym tłoczą się influencerki z całego świata, a japońskie zespoły nagrywają swoje „teledyski” na youtube. W kompleksie parkowym znajdują się także liczne fontanny, obiekty sportowe i boiska.

Wychodzimy z parku i kierujemy się w kierunku Harajuku, by raz jeszcze, tym razem na spokojnie, eksplorować kręte uliczki ze sklepami oferującymi design, pojechane ubrania i sztukę. Nagle mój wzrok pada na banner. Przed wyjazdem obiecałem sobie, że pójdę do jednego z takich miejsc, ale nie zadecydowałem do którego. Kawiarnia… z jeżami! Miejsce, w którym za pewną opłatę można kupić jedzenie dla jeży, a następnie przez określony czas zajmować się tymi małymi zwierzątkami, przy okazji samemu pijąc kawę. Wskakujemy w windę i już po chwili obserwujemy śpiące jeżyki. Takich kawiarni jest w Tokio mnóstwo, m.in. z kotami, psami, świnkami czy nawet… sowami.

Po trzydziestu minutach ruszamy dalej, by dotrzeć do małego, kompaktowego centrum handlowego, które zwieńczone jest przepiękną restauracją Eden, która posiada na dachu swój własny ogród warzywny. Niższe piętra kryją natomiast sklep muzeum MoMa, butik z japońską marką Comme des Garcons (uwaga, w butikach tej marki w Tokio, nie można przymierzać ubrań! Jeśli chcecie więc coś kupić, postarajcie się znać swoją rozmiarówkę), i kilka innych sklepów. W końcu lądujemy w barze należącym do designerskiej firmy HAY. Zamawiam dwa Apollo Spritz, nie wiedząc czego się spodziewać. A otrzymuję drinka absolutnie wyjątkowego, który po pierwszym łyku zaszumiał mi w głowie.

40ml Cointreau + 40ml Campari + 40ml Aperolu + dopełnić prosecco

Świat przez chwilę wiruje, a ja zapominam o wszystkim złym, co dzieje się w tej chwili wszędzie na świecie. Apollo będzie moim największym odkryciem tego wyjazdu, które na zawsze będzie mogło mi przypominać w domu o tej fantastycznej podróżniczej przygodzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *