Między miejscami… część 5.

Między miejscami… część 5.

Spoglądam na ekran telefonu, a później za okno. Wszystko się potwierdza. Dziś przez cały dzień ma być zachmurzenie. Jutro dodatkowo deszcz. Później ponad dwadzieścia stopni i słońce. Jakoś wytrzymamy te dwa dni i znajdziemy coś do roboty. Przecież to miasto, w którym nie można się nudzić.

Po śniadaniu wskakujemy w metro i jedziemy pod Tokyo Skytree – wieżę radiowo-telewizyjną, ale także taras widokowy, z którego widać całe miasto. To znaczy… byłoby widać, gdyby Skytree było czynne. Z powodu epidemii koronawirusa to właśnie jedna z atrakcji turystycznych, która jest nieczynna dla odwiedzających. Kupujemy dużą kawę na wynos i kręcimy się po okolicy. Mijamy opustoszałe ulice i place zabawa. Przy Tokyo Skytree przepływa kanał, wzdłuż którego przebiegają pojedyncze osoby. W oddali dostrzegam kilka drzewek wiśni, które już zakwitły. Wspaniale kontrastują z szarym niebem i surowymi ścianami budynków.

Gdy zobaczyliśmy już wszystko to, co było do zobaczenia w okolicy, ruszamy w przeciwnym kierunku, w okolicę kolejnego punktu widokowego – wieży Tokyo Tower.

W okolicy wieży docieramy do Zojoij Temple. Świątyni w środku miasta. Ciężkie chmury wiszą coraz niżej, co akurat tego dnia tak bardzo mi nie przeszkadza. Kupuję wróżbę i po przeczytaniu zawiązuję ją na specjalnym sznurku przed świątynią. Dostrzegam również rząd małych, kamiennych figurek z czerwonymi wełnianymi czapeczkami. Podchodzę bliżej. Są to figurki dzieci, które dorośli dekorują czerwonymi czapkami (żeby dziecku było ciepło i było chronione), wiatrakami i kolorowymi kwiatami. Co ciekawe te figurki, przy których modlą się dorośli, mają chronić zarówno zdrowe dzieci i wnuki, jak i być wyrazem wspomnienia dla tych, które zmarły. Gdy zrywa się wiatr, a wiatraki zaczynają kręcić się coraz szybciej, przechodzą mnie ciarki. Odczuwam potęgę tego miejsca.

Przez chwilę przyglądamy się zamkniętej świątyni, a później ruszamy w kierunku Tokyo Tower. Gdy jesteśmy coraz bliżej zauważam, że na górę wjeżdża winda. Wchodzimy więc do budynku. Okazuje się, że to jedyny punkt widokowy, który nie jest zamknięty. Prawdopodobnie wszyscy, podobnie jak my, myślą, że ta turystyczna atrakcja jest nieczynna. Hol jest pusty, a wszędzie wiszą informacje dotyczące procedur podczas epidemii. Możemy wjechać na taras widokowy, ale po uiszczeniu opłaty zostanie nam zmierzona temperatura, i jeśli przekroczymy granicę 37,5 nie będziemy mogli skorzystać z biletu, a pieniądze nie zostaną nam zwrócone. Wiemy, jaki jest nasz stan zdrowia więc decydujemy się na wjazd. Jedziemy pustą windą, a stojący w niej pracownik mówi przez mikrofon swoją wyuczoną regułkę tak, jakby w windzie było trzydzieści osób. W przeszklonej części tarasu jesteśmy zupełnie sami. Chodzimy dookoła i podziwiamy miasto, które jest dosłownie wszędzie. Ciągnie się tak daleko, że nie widać jego końca, po żadnej ze stron świata. Widać, jak wielki jest to organizm, jak dziwnie ciągną się ulice. Z Tokyo Tower widać baseny i ogrody umieszczone na dachach, biurowce i apartamentowce, most wiodący do części portowej, i wszystko to, czego nie widać z ulic. Na tarasie spędzamy ponad pół godziny. Wychodząc z budynku wstępujemy do Lawson’a i kupujemy kolejną porcję kanapek z jajkiem.

Dzielnica Roppongi oddalona jest od Tokyo Tower zaledwie o dziesięć minut drogi. Dzielnica słynie z butików największych projektantów na świecie, salonów samochodowych oraz ogromnego centrum handlowego z widokiem na wspomnianą wcześniej wieżę. Jeśli już o samochodach mowa, to zapewne wszyscy myślą, że w Tokio jest najwięcej mazd czy suzuki. Otóż… jeśli spojrzy się na tokijskie ulice i garaże, które bardzo często są po prostu otwartą przestrzenią pod budynkiem, to można oszaleć od rodzajów, kolorów i liczby: mercedesów, bmw, ferrari, mclarenów, maserati czy porsche. W dzielnicy Roppongi znajdziecie też, podobnie jak w całym mieście, masę restauracji z gorącym i parującym ramenem, niszowe księgarnie, czy autorskie kawiarnie, w których mimo braku ludzi na naprawdę dobre espresso warto poczekać nawet dwadzieścia minut.

Kolejny dzień budzi nas, zgodnie z prognozą pogody, dudniącym o okno deszczem. Spoglądam w dół na ulicę, gdzie tłumy pracowników zmierzają w kierunku metra, ściskając w dłoni przezroczyste parasolki. Wiedząc, że tego dnia ma padać, postanowiliśmy spędzić czas w najbardziej handlowej dzielnicy – Ginza. To właśnie tu mieszczą się flagowe sklepy projektantów, ogromne centra handlowe przylegające do siebie ściana w ścianę, czy wielopoziomowe budynki, z różnymi rodzajami restauracji na poszczególnych piętrach.

Zanim jednak dotrzemy do świata konsumpcyjnej rozpusty, udajemy się w deszczu zobaczyć ikonę modernizmu, japońskiego metabolizmu i architektoniczną perełkę, która niestety swoje lata świetności ma już za sobą. Nakagin Capsule Tower – budynek biurowo-mieszkalny, który powstał w 1972 roku. Był to jeden z pierwszych budynków kapsułowych na świecie. Budynek stoi opustoszały. Nikt już tutaj nie mieszka. Patrzę na niego z perspektywy kładki rozciągniętej nad ulicą. Tuż obok, na wielkich betonowych słupach, biegnie droga szybkiego ruchu. Nakagin ma w sobie coś mrocznego, coś co jednocześnie mnie przyciąga, jak i odpycha. Oczami wyobraźni jestem w środku, i mam takie dziwne, odrealnione poczucie przyszłości. Wizji świata z Łowcy Androidów. Poczucie, że tu się wszystko zaczęło i tutaj się skończy. Pierwszy raz w życiu jestem zafascynowany jakimś budynkiem w tak niewytłumaczalnym stopniu.

Idziemy do Centrum Ginza Six. Wjeżdżamy windą na piętro, na którym znajduje się ogromna kawiarnia, w której spokojnie, przez godzinę sączymy kawę. Za oknem deszcz pada coraz mocniej. Centrum Ginza Six warto odwiedzić z dwóch powodów: po pierwsze na ostatnim piętrze znajduje się prawdziwy ogród na dachu. Zielone drzewa, fontanny, rośliny, mnóstwo ławek, i widok (darmowy) na całe miasto. Warto jednak na ten taras wybrać się, gdy jest ładna pogoda, co robimy ostatniego dnia pobytu. Japończycy w godzinach wczesno popołudniowych tłumnie przychodzą na dach zjeść lunch. Drugi powód jest ważny szczególnie dla tych, którzy lubią magazyny, komiksy i książki. W centrum znajduje się ogromna, pięknie urządzona księgarnia, która oferuje magazyny z całego świata, książki, komiksy, artykuły papiernicze i masę innych rzeczy. Przez prawie czterdzieści minut kręcimy się między półkami i przeglądamy kolorowe strony magazynów. Najchętniej kupiłbym wszystkie, ale ograniczenia finansowe i logistycznie niestety mi na to nie pozwalają.

Kolejne sklepy i pop-up’y kuszą kolorami, muzyką i wnętrzami. Japonia jest chyba najbardziej pojechanym miejscem na świecie jeśli chodzi o wystrój sklepów. Kreatywność bije tutaj z każdej strony.

Gdy na chwilę przestaje padać, wychodzimy na ulicę w poszukiwaniu jedzenia. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze jedzenie jest często w knajpach, które są wbudowane pod… wiadukty kolejowe, lub te na których śmigają wagoniki metra. Najlepszego sznycla jadłem w Berlinie właśnie w takiej knajpie. Londyn w dzielnicy Shoreditch kusi świetnymi barami pod jednym z wiaduktów. Idziemy więc wzdłuż takiego miejsca i docieramy do małej knajpki, w której jest pełno Japończyków. Uśmiechnięty kelner, nie znający angielskiego podobnie jak reszta obsługi, wskazuje nam stolik dla dwóch osób. W tej budzie jest duszno, ale unosi się zapach dobrego jedzenia. Zamawiamy dwa duże piwa i dwa zestawy składające się z grzybowej zupy z tofu, miseczki lepkiego ryżu, trzech pierożków gyoza i talerza idealnie pieczonego świniaka w gęstym orzechowo-sojowym sosie oraz pieczonych warzyw. I jest to najlepsze, co podczas tego wyjazdu jemy, nie licząc oczywiście wspaniałego sushi. Jedzenie jest tak dobre, że wracamy tu kilka dni później, a kelner uśmiecha się do nas jakbyśmy byli stałymi gośćmi. Nie ma tu żadnych turystów.

Gdy znów zaczyna padać podejmujemy decyzję, że tym razem wystarczy, że nie zabije nas popołudnie odpoczynku od biegania po mieście, i że nie musimy każdego dnia przejść pieszo dwudziestu pięciu kilometrów. Około godziny szesnastej docieramy do hotelu z dwoma butelkami wina, onigiri kupionymi na kolację i dwoma paczkami migdałów w czekoladzie. Tego dnia nic już nie muszę, nigdzie się nie spieszę i pierwszy raz od wielu dni odpoczywam. Spoglądam na prognozę pogody na kolejne dni. Ma być pięknie. Odpalam wifi i wskakuję na polskie portale informacyjne. Szybko je jednak wyłączam. Z tyłu głowy znów pojawia się jakiś niepokój. Ale od czego jest wino…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *