Między miejscami… część 6.

Między miejscami… część 6.

Dzień odpoczynku zrobił nam naprawdę dobrze, a prognozy pogody na nadchodzące dni prawdopodobnie się spełnią. Jemy śniadanie, a po deszczu i chmurach nie ma ani śladu. Za oknem świeci słońce. Sprawdzam temperaturę powietrza – w tej chwili jest szesnaście stopni.

Kupujemy kawę na wynos i spokojnym krokiem zmierzamy w kierunku dzielnicy Asakusa, która oddalona jest od naszego hotelu o około dwadzieścia minut pieszo. Po drodze mijamy kolejne centrum dla fanów gier i japońskich kreskówek. Mijamy też mały antykwariat, którego właściciel rozkłada właśnie książki. Gdy docieramy niemal na miejsce, okazuje się, że niepotrzebnie kilka dni wcześniej jeździliśmy metrem naokoło, by dotrzeć pod Tokyo Skytree. Zamknięta wieża jest oddalona od Asakusy zaledwie o kilka kroków.

Przysiadamy przed Starbucksem, gdzie pijemy drugą tego dnia kawę, wygrzewając się w słońcu. W końcu ruszamy w kierunku pięknej buddyjskiej świątyni – Senso-ji. Jest to najstarsza świątynia w Tokio. Prowadzi do niej oczywiście rząd straganów i sklepików, w których można kupić absolutnie wszystko: od ceramicznych kotków, przez pocztówki po uwielbiane przez Japończyków truskawki.

Przy świątyni jesteśmy na tyle wcześnie rano, że nie ma przy niej tłumów. Jest zaledwie garstka osób, dzięki czemu można poczuć powagę tego miejsca (nie licząc truskawek na patykach, truskawek w czekoladzie, musów truskawkowych i gofrowych rybek z ciepłym truskawkowym musem) w zupełnie inny sposób.

Wrzucam kilka monet do skarbonki. Następnie potrząsam metalowym pudełkiem i wyciągam jeden patyk z japońskim symbolem. Przez kilkadziesiąt sekund szukam takiego samego symbolu na jednej z szufladek przede mną. W końcu się udaje. Wyciągam z szuflady wróżbę. Jeśli będzie dobra, mogę zabrać ją ze sobą. Jeśli będzie zła, powinienem powiesić ją na specjalnym sznurku przed świątynią. Wróżba wraca ze mną do Polski.

W świątyni modli się kilka osób. Po chwili rozbrzmiewają dźwięki mis i bębnów. Wszystko ma dziwny wymiar, jakąś nieuchwytną energię, której nie umiem zrozumieć. Ale stoję jak zaczarowany. Wsłuchuję się w te dźwięki i śpiew i staram się coś z tego zrozumieć, ale jest to ciężkie, gdy obok grupa turystów z pobliskiego autobusu pstryka zdjęcia z fleszem modlącym się wewnątrz świątyni. Znak czasów i niezrozumienia. Wychodzimy, bo nie chcę przeżywać takiej chwili z odgłosem fleszy i marudzących dzieci ciągnących swoje matki, za przewiązane w pasie polary.

Przez prawie godzinę kręcimy się po okolicy, a później, w promieniach słońca ruszamy przed siebie w kierunku atrakcji, której jak się okazuje na miejscu, nie odwiedzają żadni turyści. Docieramy na miejsce po prawie godzinnym spacerze i rozmieniamy pieniądze w jednym ze sklepów kupując idealnie schłodzoną coca-colę. A później idziemy na peron. Po chwili podjeżdża stary tramwaj. Sakura Tram jest najstarszą linią tramwajową w Tokio i wiedzie przez różne dzielnice tego pokręconego miasta. Całą trasę da się pokonać w około czterdzieści minut. Bilet (niezależnie od tego jak daleko jedziemy) kosztuje około 170 jenów.

Wysiadamy na jednym z przystanków i przesiadamy się na metro. Po kilku chwilach znów jesteśmy na powierzchni i kierujemy się w stronę Parku Ueno, który jest kolejnym parkiem słynącym z kwitnących wiśni, ale również z ogromnego zoo, parku z pandami i kompleksu świątyń. Zoo i park z pandami są oczywiście nieczynne. Kiedy idziemy w kierunku wejścia do parku, na przejściu dla pieszych słyszę polski język. Stoją tam cztery osoby, w naciągniętych na łydki skarpetach i sandałach. Z wypchanymi plecakami, dwulitrowymi butelkami z wodą, z mapą w ręce. Spoglądam w ich stronę, ale na tyle krótko żeby nie zauważyli. Parskam śmiechem dopiero wtedy, gdy słyszę marudnego czterdziestolatka: nie chcę tam iść, chodźmy do tamtych sklepów, nie będę łaził po żadnym parku. Oddalają się.

Przy wejściu do Ueno kwitnie znów… jedno drzewko. Zaczynam podejrzewać, że to jakaś wielka mistyfikacja dziejów, i Japończycy mają tak naprawdę jedno takie drzewko, które przestawiają w zależności od tego, gdzie jest więcej ludzi. Podczas całego pobytu nie widziałem, żeby w jakimś miejscu kwitło więcej niż jedno z nich.

Wchodzimy do parku i kierujemy się w stronę fontanny, przy której przez kilkanaście minut siedzimy, wystawiając twarze do słońca. W końcu jestem w krótkim rękawku, zaczynam czuć wiosnę. Dociera do mnie jakiś spokój i wyciszenie.

W kompleksie świątyń jesteśmy praktycznie sami, dopiero gdy schodzimy do dolnej części parku, dostrzegamy tłumy. Siedzą na ławkach i kocach, pływają po jeziorze w wielkich plastikowych łabędziach.

Gdy słońce schodzi na niebie coraz niżej, wracamy do Asakusy, która teraz dopiero zaczęła tętnić życiem. Przez dłuższy czas kręcimy się przy sklepikach ze porcelaną, rękodziełem i wszystkimi innymi bibelotami. Jemy szybki obiad w jednej z setek restauracji. Mam pewien problem z jedzeniem w Japonii. Mimo, że potrafię jeść pałeczkami i lubię taką kuchnię, podczas tego wyjazdu wyjątkowo męczę się jedząc. Nie mogę złapać rytmu, jest mi na przemian zimno i gorąco, co chwilę coś mnie rozprasza. Gdy chcę coś zjeść za szybko, z reguły kończę z poparzoną gębą, jak jednego z poprzednich dni, kiedy władowałem sobie do ust całą łyżkę gorącego ramenu, zupełnie nie myśląc o tym, że zaraz się poparzę. Tak jest też dziś. Męczę się z pysznymi, parującymi pierożkami, ale w końcu udaje mi się je zjeść.

Kupujemy ostatnie pocztówki i porcelanowe koty, popijamy ostatnie espresso w pobliskiej kawiarni należącej do kapsułowego hotelu i powolnym krokiem zmierzamy w kierunku naszego miejsca zamieszkania. Słońca już nie ma. Robi się powoli ciemno, a z podziemnych wyjść wychodzą tłumy zmęczonych Japończyków wracających z pracy. Gdy docieramy do hotelu padam na łóżko i sięgam po notes. Spoglądam w telefon. Trzydzieści kilometrów. Właśnie tyle przeszliśmy dziś ulicami Tokio.

Kolejny dzień upływa nam na kręceniu się po parkach i dzielnicach, które już odwiedziliśmy. Powoli, gdzieś na horyzoncie, zbliża się nasz powrót do domu. Chodzimy więc po sklepach, kupujemy japońskie słodycze dla znajomych z Polski, magnesy na lodówkę, wisiorki do kluczy. Snujemy się od dzielnicy do dzielnicy dostrzegając szczegóły, na które wcześniej nie zwróciliśmy uwagi, jak na przykład ogromną głowę Godzilli na Shinjuku, przy Godzilla Road. Sprzyjająca pogoda sprawa, że wracamy na dach Ginza Six, gdzie stworzony piękny ogród. Przez kilkadziesiąt minut leżymy na drewnianym podeście i wygrzewamy się w słońcu. Roztacza się stąd także widok na miasto, więc spacerujemy wzdłuż szklanych ścian i obserwujemy życie z góry. Wracamy do dzielnicy Harajuku, by pokręcić się wąskimi uliczkami i zajrzeć do butików, małych galerii i kawiarni. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się już wizja powrotu, ale zanim do niego dojdzie, czeka mnie jeszcze spełnienie największego marzenia…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *