Między miejscami… część 7.

Między miejscami… część 7.

W końcu nadchodzi ten dzień. Jest ciepłe przedpołudnie, a słońce wisi wysoko na niebie. Dziś kręcimy się po różnych miejscach, by ostatecznie pożegnać dzielnice, w których już byliśmy. Ja jednak pod skórą czuję już mrowienie i ekscytację tym, co wydarzy się w godzinach popołudniowych.

Kiedy zaczynałem pisać o Tokio, wspomniałem, że pierwszy raz zapragnąłem odwiedzić to miejsce przez impuls, jaki wywołał we mnie film Między Słowami, siedemnaście lat temu… (Adam, wiem, powinno mi się zabrać ten film i wyrzucić. Pozdrawiam Cię serdecznie przyjacielu!)

Wciągam na siebie czarne spodnie i czarną koszulkę. Niestety nie mam wizytowych butów, więc z dwóch zabranych ze sobą sportowych par, wybieram te, które wyglądają porządniej, i do których (mam nadzieję) nikt się nie przyczepi. Ostatni raz rzucam okiem na stronę internetową: zakaz wchodzenia w japonkach, sandałach, krótkich spodniach i koszulkach bez rękawków. Ani słowa o pojechanych kolorowych butach.

Wsiadamy w metro i jedziemy w kierunku Shinjuku. Idziemy przed siebie, mijając kolorowe sklepy i wystawy, by w końcu dojść do tej części, w której mieszczą się strzeliste przeszklone budynki. Część z nich kryje biura. Niektóre to apartamentowce, pod którymi zaparkowane są kolejne ferrari i mclareny. Ale naszym celem jest… hotel.

Charlotte: I’m stuck. Does it get easier?

Był w moim życiu taki właśnie czas, kiedy ten cytat odzwierciedlał wszystko co działo się w mojej głowie. Gdzieś między słowami, między miejscami, między osobami, między stabilizacją a chęcią ucieczki. Między przyjaciółmi, między związkami, między pracami, między myśleniem czy robić to co jest ważne dla mnie, czy dla innych. Między rozumieniem co jest dobre, a co jest złe. Między byciem totalnym dupkiem, a kimś kto zawsze jest obok.

Czarny, dyskretny napis na fasadzie budynku jest prawie niedostrzegalny. Pod drzwi podjeżdża limuzyna, z której ktoś wysiada. Mijamy parkingowego, który kłania się nisko, i wchodzimy do środka. Myślę, że to nie może być tu. Nigdzie nie ma recepcji. Są jedynie trzy windy i zejście w dół, które prowadzi do kawiarni, w której można kupić pachnące czekoladki. W końcu wracamy przed oblicze wind. Gdy zjeżdża jedna z nich, wsiadamy i szukamy 52. piętra. To nasze docelowe miejsce. Nie ma jednak takiego przycisku. Wysiadamy, a winda odjeżdża. Jeśli ktoś obserwuje nas na kamerze ochrony, prawdopodobnie zrywa boki ze śmiechu. W końcu dostrzegamy rozpiskę pięter. Gdy przyjeżdża kolejna winda, wsiadamy do środka i wciskamy przycisk. Drzwi zamykają się.

Charlotte: I just don’t know what I’m supposed to be.

Bob: You’ll figure that out. The more you know who you are, and what you want, the less you let things upset you.

Wnętrze windy jest takie jak wtedy, gdy Bob pierwszy raz zobaczył Charlotte. Tyle, że my jedziemy windą sami. Gdy słyszę specyficzny dźwięk, czuję się jak gdybym przeniósł się do filmu. Wysiadamy w przeszklonej recepcji, z której roztacza się widok na Tokio. Rośnie tu także ogromne drzewo, jest dużo zieleni. Przez chwilę chłonę ten obraz. Podchodzę do concierge’a i pytam o New York Bar. Szalenie szarmancki człowiek wskazuje mi drogę.

Bob: Short and sweet? How very Japanese of you.

Idziemy po miękkich dywanach krętymi, szerokimi korytarzami. Zatrzymuję się kilka razy przy przeszklonych ścianach i robię zdjęcia miasta, w promieniach zachodzącego słońca. To ostatni moment, żeby zrobić takie zdjęcie. Mijamy piękną restaurację przystrojoną kwiatami. W końcu docieramy do kolejnych wind, a mój poziom ekscytacji sięga zenitu. Za chwilę tam będę.

Bob: For relaxing times, make it Suntory time.

Wysiadamy z windy i podchodzimy do marmurowej recepcji, gdzie sympatyczna Japonka uśmiecha się i pyta o nasz cel wizyty. Odpowiadam, że nie będziemy jeść kolacji, a jedynie chcielibyśmy skosztować ich znane na całym świecie drinki. Dziewczyna uśmiecha się, i pyta czy jesteśmy gośćmi hotelu. Odpowiadam, że nie. Informuje mnie, że w takim razie, od godziny dwudziestej rozpoczyna się koncert jazzowy, i dla gości spoza hotelu jest obowiązkowa opłata (prawie 3000 jenów za osobę) płatna przy wyjściu. Wiem o tym, przygotowałem się na długo przed przyjazdem. Dziękuję za informację, jednak wiem, że o dwudziestej już mnie tutaj nie będzie. Jest siedemnasta trzydzieści. Nikt nie zwraca uwagi na moje kolorowe buty, albo zwraca na tyle dyskretnie, że tego nie dostrzegam. Sympatyczna Japonka prowadzi nas do stolika przy samym oknie. Jeszcze nie wierzę, że tu jestem. Że właśnie gram w swoim własnym Między Słowami. Spoglądam na widok za oknem. Na wprost dostrzegam Tokyo Skytree. W oddali po prawej stronie Tokyo Tower. Wydają się bardzo małe. Miasto znów jest wszędzie.

Gdy dostaję do ręki kartę szukam Suntory. Niestety whisky nie jest dostępna. Przez chwilę zastanawiam się dlaczego. Ostatecznie zamawiamy idealnie schłodzone Vodka Martini oraz Jubilee Drink – drink stworzony specjalnie z okazji dwudziestopięciolecia istnienia baru.

Znów spoglądam za okno. Jestem tu! Kiedy w końcu mój mózg odzyskuje kontrolę, rozglądam się dookoła po barze. Wszystko wygląda dokładnie tak samo jak w filmie sprzed siedemnastu lat. Brązowy wysoki stół z dającymi ciepłe światło lampami. Czarne meble, które wtapiają się w resztę wystroju. Sztuka, oświetlenie, rozpływający się w nicości barmani i kelnerzy.

Charlotte: I just feel so alone, even when I’m surrounded by other people.

Zatapiam się w swoich myślach. Kilkanaście lat później jestem w miejscu, o którym marzyłem. Mam obok siebie kogoś, o kim nawet nie śniłem. W kraju zostali przyjaciele, którzy są, tak po prostu. Została praca, która sprawia że się realizuję. Rodzina, która daje wsparcie. Wszystko to, co kiedyś było tak odległe. Tylko ja jestem nadal… między miejscami. Między jedną podróżą, a drugą. Między jednym marzeniem, a drugim, i trzecim, i czwartym. Między Berlinem, Lizboną, Londynem, Hong Kongiem, Rio de Janeiro, Porto, Amsterdamem, Paryżem i innymi miejscami. Tylko ze zdecydowanie lżejszą głową.

Miasto zatapia się w mroku, ale tylko na chwilę. Bo nagle rozbłyskuje milionem świateł. Białych, czerwonych, niebieskich. Migających w nieskończoność. Siedzimy w ciszy i po prostu patrzymy przed siebie. Z głośników sączy się jazzowa muzyka.

Kiedy godzinę później płacę rachunek, wiem, że było to najlepiej wydane 6500 jenów. Ostatni raz rzucam okiem w kierunku wysokiego stołu, przy którym przesiadywał Bob. Uśmiecham się pod nosem i wychodzę. Gdy wsiadam do windy przypomina mi się cytat, który przez chwilę brzęczy mi w głowie, a później znika. Wtedy jeszcze nie wiem, że za dwadzieścia cztery godziny, będzie aktualny jak nigdy wcześniej:

Bob: I’m trying to organize a prisonbreak. I’m looking for, like, an accomplice. We have to first get out of this bar, then the hotel, then the city, and then the country. Are you in or you out?

Dwadzieścia cztery godziny później…

W sobotni poranek, o 5:30 dzwoni budzik. Nastawiłem go na pół godziny wcześniej niż zakładaliśmy. Zupełnie nie wiem czemu. W przejściu stoją spakowane walizki. Spoglądam zaspany na ekran telefonu i już wiem. Wiem, że coś się stało. Mam kilkadziesiąt (!) nieodczytanych wiadomości, które spłynęły przez noc. Ale najpierw odpalam serwis informacyjny, z którego biją nagłówki: „zamknięte granice Polski”, „stan epidemiczny”, „liczba zarażonych…”. A później odpalam wiadomości. Najpierw od mamy i siostry. Wiem, że te wiadomości będą najbardziej rzetelne. Za dwadzieścia cztery godziny zostaną zamknięte granice Polski. Później, wszyscy wracający będą poddani kwarantannie. Ale tak naprawdę panuje informacyjny chaos. A co jeśli nie zdążymy? Co jeśli dotrzemy za późno? Odpalam kilka wiadomości od różnych znajomych, którzy zdążyli napisać na facebooku lub Instagramie. Niespójne wiadomości, informacje, których nie da się potwierdzić. Spinam się, czuję że zaraz zwymiotuję z nerwów.

W pośpiechu szykujemy się do wyjścia i idziemy na metro. Chcę już być na lotnisku. Chcę przyspieszyć ten czas powrotu. Wysyłam szybką wiadomość do rodziców i siostry: jesteśmy w drodze! Gdy po dwóch przesiadkach metrem, wsiadamy w pociąg mknący na lotnisko Narita, jesteśmy o kolejny krok bliżej. W głowie roi mi się milion pytań bez jakichkolwiek odpowiedzi. W końcu pociąg rusza. Kiedyś czytałem artykuł o tym, że japońskie pociągi w skali roku odnotowują tylko kilkanaście do kilkudziesięciu sekund opóźnienia. Doszło nawet do tego, że kiedyś urząd odpowiedzialny za kolej podał się do dymisji, gdy w skali roku pociągi miały opóźnienie w skali kilku minut. Gdy zatrzymujemy się w połowie drogi na lotnisko, gdzieś po środku niczego i zaczyna padać deszcz, zupełnie nie wiem co się dzieje. Gdy po chwili wyświetla się komunikat, że pociąg ma usterkę techniczną i włączono sygnał alarmowy, mam ochotę się rozryczeć. Tak po ludzku, z bezsilności. Stoimy w polu przez prawie trzydzieści minut. Gdy ruszamy, dociera do mnie, że tak miało być. Że dodatkowych trzydzieści minut na budziku nie pojawiło się znikąd.

Na lotnisku nie ma wielu osób. Szybko nadajemy bagaże i przechodzimy odprawę. Pani w okienku wbija datę wyjazdu przy japońskim znaczku wklejonym w paszport. Pierwszy raz od lat, kupuję na lotnisku ogromną puszkę red bulla. Wypijam ją duszkiem. Gdy siadam przed bramką prowadzącą do samolotu i widzę napis „on time” trochę zaczynam się uspokajać. Teraz celem nie jest dom. Celem jest Europa. Jeśli odwołają nasz popołudniowy lot z Paryża do Warszawy, poszukamy alternatywy przez Berlin. Wszystko będzie dobrze. Mimo później pory w Polsce, wysyłam kolejne wiadomości do rodziny: wsiadamy na pokład. Resztę napływających wiadomości po prostu ignoruję. Za chwilę przez dwanaście godzin będę poza zasięgiem.

Gdy samolot wznosi się w górę, w strugach deszczu, czuję się zdecydowanie lepiej. Odpalam ekran przed sobą i znajduję serial, o którym słyszałem dużo dobrego – Years and Years (Rok za rokiem). Włączam pierwszy odcinek – przejmujący, momentami przerażający. Wizja Wielkiej Brytanii, ale też świata, na przestrzeni kolejnych lat. Zmian ustrojowych, społecznych, technologicznych. Po sześciu odcinkach siedzę wgnieciony w fotel, i zaskoczony jak wiele wizji z serialu już się spełniło.

Kręcę się w fotelu, gdy podają posiłek. Większość podróżnych to Francuzi. W końcu mkniemy do Paryża. Gdy zamawiamy jedzenie po angielsku, steward pyta nas skąd jesteśmy. Odpowiadam, że z Polski. Przez moment widać, że chce coś powiedzieć, ale chyba się waha. Mówię więc, że wracamy do domu i mamy kilkanaście godzin do zamknięcia granic. Macha tylko głową i odpowiada: w dziwnych czasach żyjemy. Po czym nalewa nam dwa, pełne kieliszki szampana. Kilka minut później wraca by dolać kolejne dwa, i kolejne dwa. Przynosi nam dwie małe butelki białego wina i czyste kieliszki oraz po kubeczku koniaku. Uśmiecha się i znika na resztę lotu. Wiele godzin później, gdy docieramy nad Paryż, steward podchodzi do nas i mówi: jesteśmy w Paryżu, trzymam kciuki za waszą dalszą podróż. Uśmiecham się. Jest mi zdecydowanie lepiej.

Lotnisko CDG jest pełne ludzi. Zmęczonych, zdenerwowanych, pędzących w różne strony świata. Pijemy mocne espresso, które choć trochę ma nas obudzić. Dostaję kilka wiadomości od przyjaciół: gdyby trzeba było po was gdzieś przyjechać, dajcie znać. Reszty nadal nie czytam, odznaczam jako przeczytane i nie zagłębiam się w to, co może ale nie musi być prawdą.

Lot z Paryża do Warszawy. Godzina 19:50. ON TIME. Wysyłam szybką wiadomość. Lecimy do Polski.

Do Warszawy docieramy na chwilę przed godziną 23. Za godzinę i kilka minut zamknięte zostaną polskie granice. Zdążyliśmy. Jesteśmy na miejscu. Gdy samolot kołuje wysyłam kolejną wiadomość: wylądowaliśmy. Na pokład wsiada wojsko z termometrami i papierami do wypełnienia. Siedzę spokojnie, przecież to tylko formalność. Polacy w samolocie przekrzykują się, ubliżają wojsku, mówią, że muszą wysiąść bo się spieszą, że tylko w Polsce jest taki brak organizacji. Mam ochotę wstać i na wszystkich się wydrzeć. Gdy wojskowy podchodzi do mnie z termometrem i celuje w moje czoło… urządzenie się zawiesza. Momentalnie zastanawiam się, czy przypadkiem nie mam temperatury. Celuje jeszcze raz. Wszystko jest ok…

Gdy kolejnego dnia, w niedzielę, wracamy do Poznania pociągiem z Warszawy, pierwszy raz podczas tego całego wyjazdu zakładam na twarz maseczkę. Wrzucam na facebookowy profil informację o tym, że wszystko się udało. Nagle mam poczucie jakby pół internetu biło brawo. Dostaję kilkadziesiąt wiadomości: dobrze, że wróciliście.

W domu wyrzucam z walizki wszystkie ubrania. Odkładam na bok to, co przywiozłem dla rodziny i przyjaciół. A później wchodzę pod prysznic. Stoję pod gorącym strumieniem wody przez prawie czterdzieści minut. Zmywam z siebie cały stres, niewyspanie, zmęczenie. Zamykam oczy i przypominam sobie widok z 52. piętra. Wychodzę do salonu i rzucam okiem na pudło z filmami pod telewizorem. Jest tam, lekko przykurzone opakowanie. I chociaż świat jest chwilowo zamknięty, wisi  na nim wielka kartka z napisem „nieczynne”, wiem, że za jakiś czas znów będę między miejscami. Ale póki co… jestem w domu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *